Warning: mysql_query() [function.mysql-query]: Can't connect to local MySQL server through socket '/var/run/mysqld/mysqld.sock' (2) in /menu.php on line 2

Warning: mysql_query() [function.mysql-query]: A link to the server could not be established in /menu.php on line 2

Warning: mysql_fetch_object(): supplied argument is not a valid MySQL result resource in /menu.php on line 3

Warning: mysql_free_result(): supplied argument is not a valid MySQL result resource in /menu.php on line 44
 

Warning: session_start() [function.session-start]: Cannot send session cache limiter - headers already sent (output started at /wspomnienia.php:6) in /technikalia.php on line 2
Traktoriada

 
Za środek transportu służą nam m.in. ciągnik rolniczy URSUS 6014 przygotowany przez ZPC URSUS S.A. oraz ciężarówka Mercedes 1017 LS przystosowana do wymogów podróży.
Parametry techniczne pojazdów nie pozwolają z pewnością na rozwijanie rekordowych prędkości i szybkie przemierzanie kolejnych krajów. Wręcz przeciwnie, pokonując dziennie średnio 150 km jesteśmy w stanie lepiej przyjrzeć się odwiedzanym miejscom, a co więcej, tak doskonały wóz terenowy, jakim jest traktor, pozwoli na dotarcie w strony, w które ze względu na kiepskie drogi lub ich brak dociera niewielu, a materiały i publikacje są nader rzadkie.
Ciężarówka jest naszym domem, magazynem, i wozem transmisyjnym.
Za pozostałe środki lokomocji służą nam rowery, wielbłądy, stopy, pontony/łodzie/tratwy, konie etc...
1. CIĄGNIK URSUS 6014

Dane techniczne:

  • Typ ciągnika - 6014
  • Moc kW/KM - 61/83
  • Napęd - 4x4
  • Rama, Kabina, Kabina Komfort - KK
  • Liczba biegów przód/tył - 8/2 (12/4)
  • Max. prędkość jazdy km/h - 29,43
  • WOM obr./min - 540/1000
  • Max. udźwig podnośnika - 3850
  • Wydatek układu hydr. zewnętrznej dm3/min - 62
  • Ilość szybkozłączy hydr. zewnętrznej - 4
  • Koła przód - 12.4 R24
  • Koła tył - 16.9 R34
  • Masa bez obciążników kg. - 3600

KALENDARIUM AWARII:
2002
Lipiec: na trasie Poznań - Gdynia siada alternator
Sierpień-Grudzień: odpada lewe lusterko, lewy błotnik, siada rozrusznik, nie działają zamki od drzwi.
2003: odpada prawe lusterko, tylna wycieraczka
2004: wymiana akumulatora
2005: zaczynają odklejac się szyby, palą się bezpieczniki, poszczególne elementy kabiny się rozpadają.
2006: po raz pierwszy Ursus stanął - zatkany ssak - czyszczenie dolnego zbiornika paliwa, wyciek paliwa z prawego przedniego łożyska


2. MERCEDES 1017 LS

Wybudowano siodłowe urządzenie sprzęgające, a zabudowano nadwozie typu zamkniętego dwu-drzwiowe z oknami na lewym i prawym boku oraz oknem dachowym.

Dane techniczne:

  • Rok produkcji: 1987
  • Pojemność silnika: 5636 cm3
  • Masa całkowita: 11300
  • Ładowność: 4200
  • Masa własna: 7100
  • Liczba siedzeń: 3
  • Zapłon samoczynny
  • Wysokość: 3,500

KALENDARIUM AWARII:
2002: pierwsza "guma" za Buenos Aires, Boliwia - awaria silnika w Boliwii
2004: brak hamulcy na Drodze Śmierci w Boliwii - dziura w rurze wydechowej przepala przewody hamulcowe.
od 2005: zaaresztowana przez Urząd Celny w Cuzco na skutek nie wręczenia łapówki i następnie prowokacji urzędniczej. Sprawa w toku...


 
Nagrania filmowe

O nas w mediach

Galeria zdjęć

Skład ekipy

Pomysły i wariacje

Linki

Wspomnienia z ostatniej wyprawy

Archiwum wiadomości

Strona główna

 

 

Pod koniec 1997 roku zaczęła kiełkować mi w głowie myśl, aby odpocząć od zgiełku wielkiego miasta (jakim niestety jest Poznań), "wspaniałych" zdobyczy cywilizacji, egzaminów... i pojechać gdzieś daleko, naprawdę daleko i na długo. .Mój wybór padł na Azję, a konkretnie na Indie. Dlaczego? Być może ze względu na bogactwo kulturowe, mozaikę grup etnicznych i wierzeń religijnych, zróżnicowanie klimatyczne, krajobrazowe i przyrodnicze. Ale chyba przede wszystkim kraje azjatyckie jawiły się, jak wynikało z chłodnych kalkulacji rodowitego Poznaniaka, jako możliwość odbycia całkiem poznawczej i przyjemnej podróży za całkiem niewielkie pieniądze. Jednakże przy przedsięwzięciach tej rangi nie wystarczy spakować plecaka, zabrać paszportu, pożegnać się z rodzinką i ruszyć w świat, jak gdyby to miał być obóz wędrowny po Beskidzie Niskim, wycieczka rowerowa w Alpy, czy też wypad "stopem" do Szkocji.
Aby uchronić się przed czyhającymi gdzieś w tropikach potencjalnymi sprawcami ciężkich chorób mogących pokrzyżować nawet najambitniejsze plany, czyli np. wirusami zapalenia wątroby typu A i B, zapalenia opon mózgowych, wścieklizny czy choćby bakteriami tężca lub duru brzusznego, należy poddać się serii szczepień.
Do najmniej przyjemnych spraw należy jednak zdobywanie wiz. Jedne załatwiane są prawie od ręki, na inne trzeba czekać po trzy tygodnie i dłużej. Oczywiście każda operacja, tj. bieganie z paszportem od ambasady do ambasady, wiąże się z przybyciem do stolicy. Autostopem zajmuje to około 4-6 godzin w jedna stronę. (Łącznie zebrało się tylko do Warszawy i z powrotem przeszło 3600 km.)
Oczekując na wizy, a właściwie na pozytywne bądź negatywne rozpatrzenie wniosku, miałem dostatecznie dużo czasu, na przewertowanie sterty encyklopedii, albumów, map oraz literatury dotyczącej interesujących mnie regionów.
Z końcem ubiegłego lata znalazłem się w niemal krytycznym położeniu. Zakładałem przejazd drogą lądową przez Chiny, Pakistan do Indii. Pojawiły się problemy z otrzymaniem wizy chińskiej, wobec czego cała wyprawa stanęła pod znakiem zapytania, tym bardziej ze jedyne przejście graniczne Chiny - Pakistan znajdujące się w górach Karakorum na wysokości 4700 m n.p.m.(przełęcz Khunjerab), otwarte jest oficjalnie do końca października lub też krócej ze względu na częste lawiny lub nagłe opady śniegu. Nie mogłem dłużej czekać ryzykując utknięciem aż do późnej wiosny w jakiejś ujgurskiej wiosce (pd.- zach. Chiny, prowincja Xinjang).
Postanowiłem więc zmienić trasę i jechać przez Turcję oraz Iran. Wyjazd przeciągnął się o kolejny miesiąc.
Planowałem znaczną część trasy pokonać rowerem, do czego od dłuższego czasu się przygotowywałem. Niestety dziwne regulacje prawne niektórych państw, wymagające specjalnych zezwoleń na wwóz tego rodzaju jednośladów, skutecznie zniechęcają potencjalnych cyklistów. Ostatecznie postanowiłem wyruszyć jedynie z plecakiem, dowiedziawszy się w jednej z ambasad, że mój pojazd może zostać skonfiskowany na granicy. Szkoda.
Jest dzień 30. października Roku Pańskiego 1998. Udało się! Siedzę w pociągu pospiesznym relacji Poznań - Kraków. Jedyne, co mnie w tej chwili przeraża, to ciężar ponad trzydziestopięciokilogramowego plecaka zawierającego to, co najważniejsze, aby przetrwać, czyli, miedzy innymi: tygodniowy zapas prowiantu, nóż, kuchenkę naftową, sztormiak, trochę ciuchów, zestaw wędkarski, skalpele chirurgiczne, pięciolitrowy bukłak na wodę, puchowy śpiwór, apteczkę mogącą śmiało służyć ponad rok poniewieranemu przez różne dolegliwości organizmowi, dwa i pół kilograma map oraz przewodników, no i, co najważniejsze, sprzęt fotograficzny (stara poczciwa Practica MTL 3, trzy obiektywy i masa filmów).
Nazajutrz dotarłem na Ukrainę w okolice Lwowa, skąd kilkoma przepełnionymi do granic możliwości autobusami dostałem się po kilkunastu godzinach upiornej jazdy na granicę z Rumunią. Temperatura nad ranem spadła poniżej zera, co odnotował termometr pokładowy. Dalej poszło już gładko. Złapałem "stopa" do Bułgarii.
Czwartego dnia układałem się do snu w parku pod Błękitnym Meczetem w Istambule. O godzinie 5.30 wyrwał mnie z błogiego snu głos Muezina nawołującego do porannej modlitwy. Turcję traktowałem jednak jako kraj tranzytowy. Nie miałem zamiaru tu dłużej zabawić. Została jeszcze tylko sprawa przeprawienia się na drugą stronę Bosforu. Po drodze do portu natknąłem się na dwóch zagubionych studentów z Casablanki (Maroko). Błądzili oni między ciasnymi uliczkami starego miasta. Otóż szukali drogi do... Aten i pytali się czy przypadkiem nie wiem jak się tam dostać. Podałem im kilka możliwości, po czym zaproponowali mi abym został ich przewodnikiem. Oczywiście mieli pokryć koszty z tym związane. Tylko niestety tak się właśnie składało, że Ateny leżą w dokładnie przeciwnym kierunku od wyznaczonej przeze mnie trasy. Po wymianie adresów rozstaliśmy się. Kto wie może kiedyś w Casablance...
Prom właśnie odbił od brzegu, by po kilkunastominutowym rejsie podpłynąć do przystani nieopodal dworca kolejowego Hydarpasa
A więc... WITAJ AZJO ! ! !
W Turcji porozumiewanie nie stanowi większego problemu, zakładając, że znamy choćby podstawy angielskiego czy niemieckiego. Może okazać się pomocne przyswojenie kilku słów w języku miejscowym, tj. cześć, dziękuję, przystanek autobusowy, dworzec itp.
Zakładając, że podróż pociągiem należy do najwygodniejszych, perspektywa spędzenia najbliższych 35 godzin w ciasnym przedziale nie przedstawia się najgorzej.
W miarę powolnego przemierzania w kierunku wschodnim Wyżyny Anatolijskiej krajobraz staje się coraz bardziej surowy, nieprzyjazny. Drzewa porastające wcześniej doliny rzek ustępują z wolna roślinności stepowej i półpustynnej.
Czas umila rozmowa z konduktorem prowadzona w łamanym języku niemiecko - angielsko - turecko - migowym oraz pita litrami przesłodzona herbata.
O aktywności sejsmicznej niektórych regionów Turcji świadczą choćby wulkany; u podnóży jednego z nich toczy się właśnie pociąg. To majestatyczny, ośnieżony Erciyas mierzący 3916 m n.p.m. (pd. - wsch. Anatolia)
Im dalej na wschód, tym więcej wojska, eskortowanych konwojów, czołgów i CKM-ów na dworcach.
To wszystko za sprawą bojowników kurdyjskich starających się wywalczyć niepodległość, bądź autonomię dla tureckiego Kurdystanu. Powoli stają się uciążliwe nieustanne kontrole żołnierzy poszukujących przemycanej broni tudzież narkotyków. Dojeżdżając do granicy z Iranem ukazuje się z wolna góra Ararat 5165 m n.p.m. (tur. Agri - Dagi), będąca wygasłym stożkiem wulkanicznym, a zarazem najwyższym wzniesieniem Turcji. Na niej to miała przed wiekami spocząć Arka Noego. Wyżyna Armeńska, na której zachodnim krańcu leży Ararat jest zarazem najbardziej narażonym na trzęsienia ziemi regionem w Azji Mniejszej.
Graniczne miasteczko Dogubayazit nie przedstawia się imponująco, a odrapane fasady budynków z kruszejącymi cegłami i kilka brudnych hoteli pamiętają z pewnością lepsze czasy i z pewnością nie zasługiwałyby na odwiedziny, gdyby nie fakt, że jest tu możliwość złapania jakiegoś transportu do Iranu. Do tego okolice nie słyną z bezpieczeństwa, o czym, oprócz licznych patroli wojskowych, świadczą choćby podziurawione kulami znaki drogowe spełniające doskonale funkcję tarcz ćwiczebnych dla snajperów. Jaskrawe odzienie byłoby tu jak najbardziej nie na miejscu...
Po zwiedzeniu jedynej atrakcji turystycznej w okolicach Dogubayazitu, którą są funkcjonujące aż do XVIII w. założenia forteczne i pałacowe Ishaka Paszy, udałem się do miasteczka w celu zorganizowania jakiegoś transportu do granicy. Po chwili siedziałem w mikrobusie z twarzą przyciśniętą do szyby na skutek dwukrotnego bodaj przekroczenia limitu pasażerów. Miejsce przy oknie pozwalało, po pierwsze, na zaczerpnięcie odrobiny świeżego powietrza, co wydatnie zwiększyło szansę na przetrwanie, gdyż powietrze z czasem stało się tak gęste od dymu papierosowego (prawie każdy osobnik płci męskiej wypalał od kilku do kilkunastu papierosów na godzinę), iż niemal możliwe byłoby zawieszenie w nim siekiery! Po drugie pozwalało na obserwowanie ośnieżonego szczytu góry Ararat oraz napotykanych co jakiś czas wypalonych wraków samochodów, świadczących nienajlepiej o umiejętnościach tutejszych kierowców, a zarazem niosących pewne przesłanie dla potencjalnych podróżnych: zawróć póki czas!
Wbrew wcześniejszym obawom związanym z przekraczaniem granicy turecko-irańskiej, wszystko poszło sprawnie, szybko i nawet nikt nie zainteresował się zawartością mojego plecaka. Czyżby dzień dobroci dla turystów? Tak więc po ośmiu dniach, odkąd wyruszyłem z domu, legendarna Persja stała otworem. Świat, który przyjdzie mi dopiero poznawać jawił się jakże odmienny, egzotyczny w porównaniu tego z kręgu kultur i tradycji europejskich. Musiałem przystosować się do panujących zwyczajów, uważając na odczucia religijne tubylców , no i nie chcąc narazić się władzom. Przyjdzie mi między innymi na blisko dwa miesiące zapomnieć, mimo panujących upałów, o krótkich spodenkach!
W roku 1979 rewolucja islamska z Ajatollahem Chomeinim na czele obaliła cesarskie rządy Szacha Mohammada Rezy Pahlawiego ustanawiając państwo teokratyczne podporządkowane zasadom islamizmu. Względna wolność jaką cieszyli się obywatele odesxła w niepamięć. Zaczęła!obowiązywać ostra cenzura oraz zakaz tańca, śpiewu oraz gier hazardowych. Przynajmniej szachy powróciły do łask w 1989 r.
Jeśli chodzi o kobiety, są one, w przeciwieństwie do mężczyzn, w naprawdę nieciekawym położeniu społecznym. Obowiązuje je np. noszenie czadorów, czyli na ogół czarnych płóciennych peleryn pozwalających jedynie na odsłonięcie twarzy.
Nawiązanie choćby kontaktu wzrokowego z nie spokrewnioną dziewczyną jest w miejscach publicznych niedopuszczalne. Pewien wędrowiec ze Słowenii został pobity w Teheranie przez opiekuna miejscowej piękności tylko dlatego ,iż na nią zerkał. Bliższe kontakty, jak choćby rozmowa czy trzymanie się za rękę może zakończyć się tutaj w areszcie. O wymianie pocałunków lepiej nie myśleć. Potencjalnie groziłaby za taki występek kara śmierci. Oj, ciężko być młodym Irańczykiem. Na domiar złego niemal wszystkie małżeństwa aranżowane są przez rodziców.
Pomimo głoszonej propagandy, jak choćby plakatów typu "USA, Izrael twój wróg!", oraz niezbyt przyjaznych stosunków rządu z częścią krajów europejskich, ludzie zaskakują większość obcokrajowców swą gościnnością, stosując się do maksymy "Gość w dom, Bóg w dom". Odczułem ją błyskawicznie na własnej skórze. Dotarłszy do pogranicznego miasteczka Maku zostałem, po bodaj półgodzinnym pobycie, zaproszony do domu nauczyciela języka angielskiego. Jak w typowym średniozamożnym domostwie tej części świata buty zdejmuje się przed progiem, by następnie zasiąść na bajecznie kolorowych, grubych dywanach, często ręcznie tkanych, a wyściełających nie tylko podłogi w pokojach lecz także ściany.
Codzienny posiłek składa się obok owoców tj. granaty, kiwi czy daktyle, z czelo Khoresza czyli ryżu z mięsem, warzywami i orzechami oraz lawasza - rodzaju chleba w postaci cienkich placków pieczonych bez drożdży. Jedząc należy przede wszystkim pamiętać aby czynić to prawą ręką (na ogół nie używa się sztućców), gdyż lewa z racji pełnienia innej, jakże ważnej funkcji, uważana jest za "nieczystą".
Za napój narodowy można by uznać herbatę, pitą wszędzie i przy każdej okazji, przy czym ilości cukru w niej rozpuszczone przyprawiają o mdłości. Mocniejsze trunki są zakazane, tak więc zostaje czarny rynek, bądź domowe destylaty.
Śpi się także na dywanach wykładanych na noc materacami, przy czym kobiety śpią zawsze w oddzielnym pomieszczeniu. Ze względu na brak zbędnego umeblowania jakimi są krzesła i stoły, niekiedy małe domy mogą pomieścić naprawdę zadziwiająco wielu gości. Ponieważ niewielu obcokrajowców odwiedza te strony, Irańczycy chcieliby dowiedzieć się o nich jak najwięcej np. skąd są, co robią, dokąd jadą, jaka jest sytuacja polityczna w ich krajach itd. Niełatwo jest się wręcz wydostać od tych nadopiekuńczych ludzi.
Zdecydowana większość Irańczyków nie włada językiem angielskim w stopniu choćby podstawowym. Nastręcza to zatem wielu kłopotów. Pytając się o godzinę odjazdu autobusu, nazwę miasta czy kierunek w jakim chcielibyśmy się udać, odpowiedź brzmi; "Yes, Mister.". Bez słowniczka łatwo byłoby się zgubić. Nagminnym zjawiskiem jest obleganie turystów przez rzesze ludzi pojawiających się nagle zewsząd. Potrząsają wówczas głowami dziwnie gestykulując rękoma i zadając standardowe pytanie: "Kudźia?", czyli "Skąd?" Odpowiedź brzmi: "Lachestan." (polski odpowiednik w języku perskim). Powtarzają z niedowierzaniem. Słyszy się też nieustanne powitanie: "Hello, Mister, hello, Mister!", przy czym ludzi pojawia się coraz więcej z każdą minutą. Wybawieniem okazać się może, ktoś, kto zgłębił tajniki angielskiego. Pomoc zjawia się w ostatniej chwili rozładowując sytuację.
Iran, oprócz interesującej kultury, to także fascynujące zabytki. Wielkie meczety zachwycają rozmiarami swych kopuł i minaretów, błękitnymi mozaikami ułożonymi w geometryczne wzory. Wiele tu świadectw starożytnej kultury, jak choćby Persepolis, którego budowę rozpoczął Dariusz I panujący w latach 521-485 p.n.e., a spalone w trakcie zwycięskiego pochodu wojsk Aleksandra Wielkiego w 331 r. p.n.e.
Jeżdżąc od miasta do miasta dostałem się do Szirazu, gdzie, kręcąc się wśród zaułków średniowiecznego Vakil - bazaru z roznoszącymi się dookoła zapachami wonnych przypraw, warsztatów rzemieślników wytwarzających miedziane naczynia, jubilerów i wielu innych, natknąłem się na młodego derwisza (rodzaj muzułmańskiego wędrownego ascety), który postanowił oprowadzić mnie po mieście. Podobnie jak ja udawał się na północ. Pojechaliśmy razem do Persepolis. Gdy tam dotarliśmy, zaczęło już zmierzchać. Poszukaliśmy dobrego miejsca na obozowisko pod chmurką i ułożyliśmy się do snu nie przewidując tego, co miało się wydarzyć nocą.
Na obozowisko przypuściło atak stado pustynnych lisów rozkradając prowiant, ubrania i sprzęt biwakowy. Ciężko było je przepędzić podchodząc coraz to bliżej. Rano znajdowałem buty, puszki a nawet sztućce w promieniu kilkudziesięciu metrów od ogniska. Nóż w skórzanej pochwie i część racji żywnościowych przepadło bezpowrotnie. Wynik rozgrywki ludzie kontra lisy 0:1. Po zwiedzeniu starożytnych pozostałości słynnego w świecie antycznym grodu, bogatszy o doświadczenia ubiegłej nocy, pomaszerowałem z "moim" derwiszem w kierunku pobliskiej drogi, starając się złapać "stopa", który zawiózłby nas na północ do Yazdu lub jednej z wielu innych oaz...
Taras, na którym zbudowane były pałace Persepolis, jest rozległą platformą u stóp skały. Od strony doliny obszar umocniony jest potężnymi murami pięciometrowej grubości. Do zespołu pałacowego w przemyślny sposób doprowadzono wodę, a także zbudowano system kanalizacji. Na wielki taras Persepolis wchodzi się od zachodu po stopniach podwójnie dekorowanej reliefami rampy. Po kilku kolejnych krokach na nasypie wyrasta monumentalne wejście, zwane w inskrypcji Bramą Wszystkich Ludów, ozdobione postaciami dwóch uskrzydlonych byków. Kilka budowli, a właściwie to, co po nich pozostało, zasługuje na szczególną uwagę. Są to, między innymi, Apadana Kserksesa (486-465 r p.n.e.) - największa sala kolumnowa z czasów starożytnych (o powierzchni blisko 1000 m kw.!), czy Sala Stu Kolumn będąca niegdyś salą tronową Artakserkesa I.(465-424 r p.n.e.), przy czym same kolumny liczyły po 9 metrów.
Mimo wszystko, aby choćby wstępnie zapoznać się z nagromadzonymi tu pamiątkami minionych tysiącleci potrzebowałem dobrych kilku godzin. Pora dnia ma wielkie znaczenie przy planowanym zwiedzaniu, szczególnie jeśli interesujące nas obiekty znajdują się na wolnym powietrzu. Będąc pierwszym rannym gościem ma się komfort przebywania prawie sam na sam ze sztuką przez wystarczająco długi czas, aby w spokoju nacieszyć nią oko. Zwykle około godziny 10. zaczynają pojawiać się pierwsze "spędy", czyli szkolne wycieczki oraz masowo krajowi turyści indywidualni, o szczególnym nasileniu w piątki (dotyczy to oczywiście miejsc o charakterze typowych atrakcji turystycznych). Potrafią oni wyjątkowo szybko zniechęcić do zwiedzania nawet najwytrawniejszych miłośników arcydzieł starożytnych kultur. Poza tym chyba nikogo nie trzeba przekonywać do efektów płynących z fotografowania przy niskim porannym słońcu.
Gdy przedpołudniowe upały Wyżyny Irańskiej zaczynały powoli dawać znać o sobie, postanowiłem ruszyć w dalszą drogę na północ. Towarzyszył mi młody derwisz Ami Rezo, którego skromny ekwipunek znacznie ucierpiał podczas ubiegłonocnej potyczki z pustynnymi lisami, a chwilowo stał się moim przewodnikiem po Farsilandzie. Pomimo znacznej bariery językowej (osobiście znałem więcej słów w farsi niż Ami po angielsku) potrafiliśmy nawiązać wzajemny kontakt i to nie tylko na drodze migowego przekazu. Główną role w wymianie kulturowej odgrywała piosenka. Po stronie Irańskiej był to niewiarygodnie bogaty repertuar o motywie religijnym, a po stronie polskiej przechodził od pieśni ludowych, żołnierskich i kolęd, do piosenek harcerskich i turystycznych, zahaczając po drodze o szanty i utwory rodzimych zespołów big-bitowych.
Po kilkudziesięciu minutach marszu ledwo dostrzegalną ścieżynką dotarliśmy przypadkiem do obozowiska nomadów- ludzi pustyni. Odbywali oni wówczas wędrówkę związaną z poszukiwaniem lepszych pastwisk dla swych stad. Ustawienie namiotów (ich jedynych domostw) przypominało w przybliżeniu okrąg, wewnątrz którego wokół kilku palenisk krzątały się kobiety przygotowując posiłek dla swych mężczyzn. Niestety, gdy tylko zauważyły nadchodzących obcych czmychnęły czym prędzej skrywając się w cieniu ośmiobocznych, ostro zakończonych na szczycie a pozszywanych z większych i mniejszych kawałków płótna namiotów. Naprzeciw nam wyszedł wyglądający na przywódcę grupy starszy człowiek z siwą brodą i turbanem na głowie w towarzystwie dwóch kompanów. Po tradycyjnym muzułmańskim powitaniu, tj. wypowiedzeniu słów "Sallam Alejkum" i odpowiedzi "Wu Alejkum u Sallam" oraz uściśnięciu dłoni i, lewą ręką, przedramienia witanej osoby, a następnie położeniu dłoni na własnej piersi, przedstawiliśmy się sobie wzajemnie, po czym zaproszono nas na wspólny posiłek. Przy tego typu przyjęciach kobiety z konserwatywnych rodów nie mają prawa do uczestniczenia, ani nawet do przygotowywania posiłku dla gości, przy czym przez cały czas pozostawały w ukryciu. Tak więc niestety moje obserwacje życia nomadów skupić się musiały na brzydszej ich części. Wpływ długotrwałego przebywania w niekorzystnych warunkach nie jest obojętny na tych przyjaznych, posiadających, jak sądzę, poczucie humoru ludzi. Ich twarze wystawione na działanie palącego słońca, wiatru oraz piasku wydają się być znacznie, znacznie starsze niż są w rzeczywistości. Skórę stóp i dłoni mają tak suchą i poprzecinaną bruzdami i spękaniami, że nawet u dzieci przypomina ona często skórę stuczteroletniego starca.
Skosztowawszy kozi ser i cieplutkie lawasze popijane herbatą z, oczywiście, kozim mlekiem, ruszyliśmy do przebiegającej nieopodal szosy z nadzieją zatrzymania jakiegoś kierowcy. Znikome natężenie ruchu dawało niezbyt optymistyczne prognozy co do szybkiego wyrwania się z bezwzględnego, rozpalonego słońcem płaskowyżu. Nic bardziej mylnego! Pierwsza przejeżdżająca ciężarówka z osiemnastoma tonami cukru na pokładzie, na widok wyciągniętej ręki zahamowała z piskiem opon. Szoferem - dobroczyńcą okazał się być obywatel irańskiego Kurdystanu - Farhad. Wielogodzinna jazda pozwoliła mi nieco na zgłębienie informacji o aktualnej sytuacji wielomilionowego narodu bez własnego państwa. W odróżnieniu od Kurdów zamieszkujących Turcję czy Irak, tym z kraju Persów wiedzie się wcale nie najgorzej. Do pewnych swoistych atrakcji tego niecodziennego rajdu należały drzemki na plandece w cieniu skał oraz pokonywanie stromych podjazdów na przełęcze w górach Zagros z zawrotną prędkością 15km/h, co pozwalało przynajmniej na podziwianie wolno przesuwającego się krajobrazu.
Dotarłszy do Yazdu, miasta - oazy znajdującego się na środku pustkowia, udałem się na rozpoznanie. Gród ten posiada bowiem niebanalną historię. Na przełomie VII / VI w p.n.e. Zaratustra utworzył tu nowy nurt religijny, zoroastryzm, będący modyfikacją mazdaizmu. Na jednym z pobliskich wzgórz znajdują się dwie Wieże Milczenia o średnicy ok. 30. metrów. Służyły one wyznawcom zoroastryzmu w ostatnim etapie ich ziemskiej tułaczki. Zwłoki pozostawiano w nich na specjalnych platformach do czasu oczyszczenia szkieletów ze zbędnej tkanki przez ptaki. Samo miasto było jedyne w swoim rodzaju. Centralnie położoną jego część liczącą lekko parę setek lat zbudowano głównie z... gliny. Drewno, jako materiał budowlany, rzadko występujący w tych stronach wykorzystywano głównie do konstrukcji stropów, podłóg i drzwi. Wąziutkie uliczki ze swymi bocznymi odgałęzieniami prowadzącymi często donikąd, tworzą tam istny labirynt, po którym co zdolniejsi byliby w stanie krążyć godzinami. Zdarza się, że ściany domów są tak blisko siebie, że przechodzień nie ma możliwości minięcia na tym odcinku kogokolwiek. Niespotykanym nigdzie indziej elementem architektonicznym są w Yeźdźie wierze wiatrowe - czworo, bądź ośmioboczne konstrukcje wystające 3-6 metrów ponad dachy budynków, spełniające funkcję naturalnej klimatyzacji. Ich zadaniem jest mianowicie wyłapywanie nawet najmniejszej bryzy znad pustyni i kierowanie jej do wnętrz mieszkalnych chłodząc je zarazem.
Czas biegł nieubłaganie. Pożegnawszy się z Ami Rezą udałem się autobusem kolejne 550 km na wschód aż do miejscowości Bam, położonej na skraju Pustyni Lota - Dasht-e-Lut. Jedynym powodem, dla którego się tu zatrzymałem była późnośredniowieczna twierdza Arg-e-Bam. Co by dużo nie mówić, jest to jedno z najokazalszych i największych, zachowanych w tak dobrym stanie założeń fortecznych w całej Azji. Na jego ogrom składa się cytadela górująca nad resztkami miasta otoczonego murem o obwodzie liczącym ponad kilometr, i o wysokości 10 do 14 metrów.
W Bamie właśnie poznałem Richarda z Anglii, Jana i Bosztiana ze Słowenii, z którymi to podróżowałem przez trzy kolejne miesiące. Pierwszą naszą wspólną przygodą miał być wypad na pobliską Pustynię Lota, ale to już zupełnie inna historia...
Opuszczając o zachodzie słońca mury niezamieszkałego dziś, aczkolwiek imponującego swym ogromem miasta-fortecy - Arg-E-Bamu, zastanawialiśmy się jak wykorzystać ostatnie dni ważności naszych wiz, zakładając, że na 460 kilometrowym szlaku wiodącym stąd prosto do Pakistanu, nie ma nic godnego uwagi. Wpadliśmy z Janem, Bosztianem i Richardem na pomysł zorganizowania wypadu na otaczającą nas ze wszech stron Pustynię Lota - Dasht-E-Lut. Miasteczko Bam wraz z przylegającymi doń wioskami jest bowiem tonącą w zieleni oazą z niezliczona ilością drzew daktylowych wśród bezkresu kamiennego rumoszu i pozbawionych niemal wszelakiej roślinności wzgórz. Kontakt ze światem zewnętrznym zapewniony jest tu przede wszystkim dzięki przebiegającemu nieopodal traktowi, który to przecina wyżynę z zachodu na wschód.
Zgromadziwszy odpowiednie zapasy energii, głównie w postaci sterty lawaszy, czekolady "z metra", białego sera oraz cukru odrąbywanego na poczekaniu młotkiem od kilkunastokilogramowych brył w kształcie stożka, oraz zabraniu odpowiednich ilości wody (jakieś 5l na głowę), ruszyliśmy powoli na podbój pustkowia. Znajomy taksówkarz za kilkadziesiąt tumanów wywiózł nas parę kilometrów za ostatnie zabudowania (o ile lepianki i szałasy pasterzy można za takie uznać). Po drodze mijaliśmy tablice z angielskim napisem "HOPE TO SEE YOU AGAIN" czyli "Mam nadzieję ujrzeć cię ponownie" , który to nastrajał nas raczej pozytywnie, jeśli chodzi o szczęśliwy powrót z wycieczki. Choć z drugiej strony... Czyżby miał na uwadze tych, którzy nigdy nie wrócili? Ale my, to my! Mamy ze sobą przecież koreańską busolę i kiepską, bo kiepską, ale zawsze jakąś mapę okolicy (w skali 1:1,5mln). Do tego w nocy pomogą nam gwiazdy. Czegóż więc tu się bać? Poszliśmy zatem przed siebie, kierując się na pobliskie wzgórze (azymut 20) w celu rozpoznania terenu. Z czasem słońce zaczęło dawać coraz bardziej we znaki, a nasze plecaki, mimo ubywającej w zastraszającym tempie wody, nie wiedzieć czemu, wydawały się być coraz to cięższymi. Temperatura w cieniu przekraczała 37oC. Tylko o czym ja właściwie mówię... Oprócz cienia, jaki można znaleźć kuląc się za plecakiem, istnieje jedynie ten pomiędzy zachodem a wschodem słońca. Tempo naszego marszu wobec zaistniałych czynników drastycznie zmalało. Co gorsza, po przeszło pięciu godzinach odkąd wyruszyliśmy, wzgórze, będące początkowym celem wędrówki, wcale się nie przybliżyło.
Jednak niektórym wiedzie się na pustyni, z dala od miejskiego zgiełku, niewyszukanego towarzystwa i wszelakich oznak cywilizacji, zupełnie nienajgorzej. Pustynna jaszczurka, bo o niej tu mowa zażywała w najlepsze kąpieli słonecznej, czekając na jakiegoś zabłąkanego owada mogącego wzbogacić jej dzisiejsze menu, gdy nagle zza głazów wyłoniły się cztery pokryte pyłem, sapiące i ledwo człapiące postaci. Przyglądała się chwilę ciekawie tym dziwnym "stworom" i - gdy już przymierzałem się do uwiecznienia gada na błonie fotograficznej - czmychnęła złośliwie niczym "Struś Pędziwiatr", pozostawiając za sobą niezbyt fotogeniczny obłoczek kurzu.
Zaczęło zmierzchać, przy czym nasilająca się wieczorna bryza przynosiła ulgę nieprzystosowanym do panującej pogody Europejczykom.
Od pewnego czasu obserwowaliśmy niepokojącą nas w oddali linię przecinającą obrany wcześniej azymut. Mimo wszystko, nie czas się martwić gdy w brzuchu burczy. Tamta kolacja miała dla mnie wymiar symboliczny. "Poszła" ostatnia puszka turystycznej, a co gorsza skończył się domowy smalec. Oznaczało to definitywnie potrzebę przestawienia diety na pikantną, oj bardzo pikantną kuchnię orientalną. Cóż.
Noc nieoczekiwanie przyniosła porywisty wiatr, piasek przedostawał się wszędzie tam, gdzie tylko chciał, plecaki przed porwaniem ratowało ich wcześniejsze związanie. Co lżejsze, poniewierające się luzem, elementy ekwipunku oczywiście odfrunęły np.: mapa czy worek z herbatą, inne trzeba było nazajutrz odkopywać.
Rano obudził nas ryk przelatującego bardzo, bardzo nisko myśliwca. Wyjaśniła się także sprawa dziwnej linii - był to płot ciągnący się przez pustynię bez wyraźnego końca czy początku. W tym rejonie jego obecność związana być mogła tylko z jednym: mianowicie z bazą wojskową tudzież lotniskiem
Jednomyślnie postanowiliśmy zawrócić, póki jeszcze sił starcza, oddalając ryzyko ewentualnej detonacji jakiegoś niewybuchu czy miny.
Czyżby porażka ? Raczej nie, ale na pewno następnym razem na "zwiedzanie" pustyni udam się na grzbiecie wielbłąda, a w najgorszym wypadku jeepem z napędem na cztery koła!
Gdy Iran częściowo zaspokoił moją ciekawość pojechałem wraz ze starymi znajomymi na jedyne oficjalne przejście graniczne z Pakistanem znajdujące się w miejscowościach Mirjaveh/Taftan. W miarę zbliżania się do granicy afgańsko - pakistańskiej, coraz bardziej uciążliwe stawały się policyjne drogowe kontrole usiłujące bezskutecznie ukrócić przemyt narkotyków, których głównym odbiorcą jest Europa Zachodnia. Ale o tym opowiem może innym razem...
Granica dzieląca oba kraje, rozdziela zarazem dwa podobne, ale jednak jakże inne światy. Pakistan to, obok przemieszczania się z punktu A do B, głównie podróże w czasie. W granicznej osadzie, a właściwie koczowisku zwanym Taftanem, kończy się nawet asfalt, a sklecone naprędce z blachy, kartonu i szmat budy spełniają rolę domów, restauracji i hoteli, z których unosi się na całą okolicę woń palonego haszyszu oraz opium. Z racji braku kanalizacji "wszystko" płynie (lub stoi), w wyżłobionych w spękanym gruncie rynsztokach. Kozy wyjadają resztki ze śmietników oraz podgryzają tekturowe poszycia slumsów. Z rzadka słychać odbijające się echem w górach odgłosy wystrzałów. Jednym słowem - ostatnie miejsce na Ziemi nadające się na nocleg. A jednak! Kursujący raz w tygodniu pociąg do najbliższego miasta Quetty, oddalonego o, bagatela, 600 km właśnie uciekł, a autobusy napchane są po dach. Jak nas zapewniał pewien oficer policji: "Tu jesteście bezpieczni, bo to już nie Iran, tylko Pakistan". W tej chwili jakiś Pasztun przechodził nieopodal z kałasznikowem na ramieniu. Dostaliśmy na noc miejsce pod schodami na tyłach posterunku.
Podczas gdy nazajutrz próbowaliśmy wydostać się z tego wyjętego spod prawa miejsca (nie ostatniego jak się później okazało) pojawiła się w tumanach wzbijanego kurzu, jakby na życzenie, czerwona furgonetka na niemieckich numerach. W szoferce siedziały dwie umorusane smarem dziewczyny, Sonja i Angela, hodujące ze względów praktycznych dredy na głowie. Nad całością czuwał z pozoru tylko groźny Santos - pies butojad. Byliśmy uratowani!
Tak, mieliśmy niezłego farta łapiąc takiego "stopa". Tym samym wizja pozostania na kolejną noc w tej odstraszającej dziurze spod znaku zabłąkanej kuli odeszła w zapomnienie.
Wrzuciliśmy czym prędzej na "pakę" nasze toboły i już mieliśmy odjeżdżać, aż tu z przeraźliwym brzękiem zdezelowanego klaksonu podjechał Jurgen rodem z Kolonii, przemierzający świat motorowerkiem o pojemności silnika 50 cm3! Podniósł na czoło swoje lotnicze gogle i spytał, czy by się i dla niego miejsca nie znalazło. Okazało się bowiem, że na skutek pewnych niedopatrzeń natury czysto papierkowej nie może jechać dalej swoją motorynką na przełaj przez Pakistan. Aby uzyskać odpowiednie zezwolenie musi pod eskortą policji udać się do stolicy pustynnego Beludżystanu - Quetty.
Nieoczekiwanie kolejnym uczestnikiem rajdu Berlin - Kathmandu okazał się być Santos, pies podróżnik, W taki oto przypadkowy sposób utworzona została międzynarodowa ekipa w składzie: troje Niemców, po dwóch Słoweńców i Pakistańczyków, Anglik, Polak, japońska motorynka i Santos - obywatel świata.
Ruszyliśmy więc na wschód mając ciągle na uwadze, że tuż za ciągnącymi się na północ od drogi wzgórzami znajduje się mityczny Afganistan.
Krajobraz zaczął nas wszystkich z wolna nużyć. Na odcinku - bagatela - 4,5 tysiąca kilometrów z dobrym hakiem, za wyjątkiem kilku miast i nielicznych oaz, towarzyszyła nam w gruncie rzeczy pustynia, tyle, że bardziej lub mniej pofałdowana. Na dodatek stałym bywalcom klimatu umiarkowanego nie w smak były listopadowa spiekota i piaskowe zawieruchy. Nie przeszkadzało to natomiast w zupełności tubylcom i karawanom złożonym głównie z wielbłądów i osłów, które zdawały się być zadowolone z jesienno - zimowych "chłodów". Latem musi tu panować istne piekło, a każdy człowiek z dalekiej północy, który by się o owej porze tu zapuścił to albo szaleniec, albo samobójca.
Zresztą, człowiek sobie jakoś poradzi, co się zaś sprzętu fotograficznego tyczy, to jeszcze raz stara, poczciwa Practica pokazała swoją wyższość nad supernowoczesnymi aparatami z autofokusem i innymi jeszcze cudami, które po prostu odmawiały posłuszeństwa.
Z nadejściem zmierzchu należało przerwać jazdę, gdyż miejscowym kierowcom nie przeszkadza w żadnym razie brak oświetlenia, bo przecież przy dobrej pogodzie blask księżyca jest wystarczający do kontynuowania podróży. Najważniejsze, to znaleźć wieczorem w miarę ustronne miejsce na nocleg, ale nie zawsze jest to takie łatwe, jak by się mogło wydawać. Im mniej bowiem ludzi wie o nas, tym jesteśmy bezpieczniejsi.
Pewnego razu spaliśmy przy wozie na matach. Rankiem obudził nas głuchy odgłos kamieni spadających na samochód. Jakiś odważniak z grupki około dwudziestu mężczyzn wychylających się zza pobliskiego żywopłotu postanowił sprawdzić czy aby żyjemy. Podobne sytuacje nie należały do rzadkości.
Trasa, którą podążaliśmy to jednocześnie jedyny oficjalny szlak łączący Iran i Pakistan, stąd też spory jak na owe warunki ruch sprzyjał funkcjonowaniu punktów gastronomicznych. Najczęściej działały one na zasadzie symbiozy ze stacjami paliw rozrzuconymi co 100 - 200 kilometrów. Przed każdą jadłodajnią stoją łóżka na drewnianych nogach, tyle, że zamiast sprężyn mają rozpiętą na drewnianej ramie plecionkę z rzemienia bądź liny konopnej. Na nich to siedząc po turecku spożywa się posiłek za dnia, w nocy zaś spełniają swoją właściwą funkcję służąc strudzonym kierowcom i ich pasażerom.
Dania przez nie serwowane nie należały może do wyszukanych. Powiem śmiało - były paskudne (poza może ciepłymi podpłomykami - czapatti), ale nie było niestety niczego innego, czym dałoby się wypełnić brzuchy. Na dokładkę, solidaryzując się z wegetarianami na pokładzie Sonją i Angelą postanowiliśmy zgodnie nie jeść mięsiwa na czas wspólnej podróży. Drugi raz nie popełnię tego błędu, gdyż kosztował on mnie w ciągu zaledwie jednego miesiąca utratę ośmiu kilogramów, odbudowywanych z mozołem przez kolejne miesiące.
Poza ogólnie dostępną baraniną i wielbłądziną, serwowano daal, sabsi i kare. Generalizując, była to glonopodobna papka o smaku określonym ostrą papryką. Czasami miałem wrażenie, że to właśnie ona stanowi objętościowo największą część danego specjału.
Z uwagi na ameby i inne żyjątka występujące w wodzie, konieczne jest niestety dodawanie do wody pitnej jodyny lub chloru w pastylkach. Dla delikatnych europejskich żołądków czysta woda jest szalenie ważna, gdyż na pustyni odwodnienie organizmu na skutek gwałtownej biegunki stanowi śmiertelne zagrożenie. Chciałbym tu zaznaczyć, że pakistańskie biegunki maja się do polskich jak słoń do mrówki!!!
Od 1947 roku, kiedy to po rozpadzie Indii Brytyjskich powstało niepodległe państwo Pakistan, nieustabilizowanie polityczne i chaos to chleb powszedni. Spore części kraju znajdują się pod ograniczoną, bądź żadną kontrolą rządową, a władzę stanowią klany i starszyzna grup plemiennych. Beludżystan, który swego czasu podobnie jak Kaszmir myślał o swojej niepodległości, jest tego doskonałym przykładem. Pomimo tego ciekawość i chęć poznawania "Dzikiego Wschodu" były silniejsze od lęków związanych z nieznanym
Na ponad 600-set kilometrowym odcinku, jaki zostawiliśmy za sobą od granicy irańskiej, minęliśmy zaledwie kilka wiosek, a szlak górzystego i surowego Beludżistanu urozmaicały od czasu do czas koczowiska Nomadów - ludzi pustyni. Nieodzownym elementem programu wycieczki były kolosalne garby na drodze, coś w rodzaju naszego "śpiącego policjanta", tyle że rodzime pojazdy osobowe w wydaniu miejskim zawisłyby na nim niechybnie niczym barka na mieliźnie, bez szans na uwolnienie. Poza tym, ze względu na nader skromnie reprezentowane w tych stronach znaki drogowe, nie można było przewidzieć, kiedy się pojawią. Sprawiały niemały kłopot naszemu wehikułowi, gdyż z powodu zbyt obszernego dodatkowego zbiornika na paliwo zamontowanego pod podwoziem, szuraliśmy nim każdorazowo o ową przeszkodę terenową, narażając się przy tym jednocześnie na uszkodzenie baku i wyciek paliwa. Garby stanowiły także nie lada zagrożenie dla pasażerów znajdujących się na dachu, gdyż na skutek gwałtownego hamowania, 6-cio milimetrowe statyczne linki zabezpieczające przed spadnięciem w trakcie jazdy z platformy, mogłoby narobić więcej szkody niż pożytku (przecięcie w pół nie należy zapewne do spraw przyjemnych).
Przedarłszy się do Quetty, stolicy prowincji, mogliśmy w końcu nieco odetchnąć, czemu sprzyjało chłodniejsze powietrze położonego na wysokości blisko 1800 m n.p.m. miasta. Duże miasto oznacza jednocześnie duży bazar, a zatem możliwość taniego uzupełnienia zapasów na dalszą drogę.
Sama Quetta nie imponuje jednak swą architekturą, gdyż na skutek silnego trzęsienia ziemi, a następnie pożaru w latach 30-tych naszego stulecia nieomal wszystkie wartościowe budowle uległy całkowitemu zniszczeniu. Znakomita większość budynków powstałych naprędce po tym okresie odbiega dalece od powszechnie rozumianych kanonów piękna i estetyki.
Jednakże najbardziej fascynujące było życie codzienne mieszkańców. Pomiędzy przesadnie wręcz udekorowanymi ciężarówkami przypominającymi świąteczne choinki oraz przepełnionymi autobusami z często nietypowymi dla przyjezdnych z Europy pasażerami na dachu w postaci stada kóz, przemykały dwa podstawowe środki komunikacji krótkodystansowej, a mianowicie ryksze konne - najbardziej tu popularne oraz hałaśliwe motoryksze zostawiające za sobą kłęby spalin. Te pierwsze ze względu na niższą cenę i większą ładowność (mogą pomieścić spokojnie siedmioosobową rodzinę), były częściej wybierane przez tubylców.
Piesi z mistrzowską precyzją omijają slalomem objuczone osły i wielbłądy ciągnące na targ, przeciskając się między garncarzami, golibrodami oraz wyrwizębami, których gabinetami są maty rozłożone na "chodniku " oraz torba z odpowiednim osprzętem.
Z przylegających do ulicy jadłodajni wydobywa się zapach przypalonego starego oleju, ale tylko potrawy smażone odpowiednio długo w tłuszczu dają pewność, iż to, co się mogło w naszej strawie ruszać zostało unicestwione.
Brodate twarze zerkające z zaciekawieniem na obcych należą w większości do Beludżów, którzy nie uważają się ani za Pakistańczyków ani za Afgańczyków, co stanowi tu podstawowy problem.
Poza groźnymi mudżahedinami, często z widocznymi oznakami wyposażenia w broń białą i ostrą oraz bazarami, gdzie pośród glinianych naczyń i wielobarwnych zwojów ręcznie wyszywanych tkanin spędzają całe godziny na targach, bądź zwyczajnie oglądają towary nierzadko samotnie spacerujące młode kobiety o typowej ciemnej w tych stronach karnacji, nie ma naprawdę nic godnego uwagi.
Muzułmanie, wbrew stereotypom, są ufni i otwarci na kontakty z przybyszami z innych "planet", a za takich często uchodziliśmy. Bardzo szybko zaprzyjaźniliśmy się z Naveedem, młodym właścicielem rodzinnej fabryki krzeseł. Zaproszenia na obiad w jego rezydencji nie sposób było odrzucić. W końcu domowe jedzenie znacznie przewyższa swoją wartością odżywczą oraz walorami smakowymi papkę z przydrożnych "barów". Na miejscu okazało się, że jest to swego rodzaju wieczór kawalerski - nasz 21 letni gospodarz za tydzień miał się żenić, co zresztą od wielu lat ustalone było przez rodziny małżonków. Przegadaliśmy ładnych parę godzin, poczym Jan poruszył delikatną tutaj kwestię alkoholu. Następnego dnia Bosztian obchodził urodziny, tak więc przydałoby się kilka butelek piwa. Tylko jak tu znaleźć niespotykany od miesiąca, nielegalny towar? Jednak dla chcącego nic trudnego. Rankiem Naveed, ku naszemu zaskoczeniu, pojawił się z kartonem pełnym butelek - 24 pakistańskie piwa sprowadzone z samego Rawalpindi (ponad 1200 km), dostępne tylko na czarnym rynku, oczywiście dla wtajemniczonych. Gdyby to nie był prezent, cena jaką przyszłoby nam zapłacić, zbiłaby nas z nóg, gdyż 2$ za butelkę stanowiło równowartość połowy dziennej stawki przeznaczonej na żywność i zakwaterowanie. Miał chłopak po prostu gest...
Wieczorne ognisko nad brzegiem jeziorka Hanna pozostawiło wiele niezapomnianych wrażeń. Na początku odbyliśmy dość wyczerpujący mecz piłki nożnej z reprezentacją pobliskiej wioski. Z niesamowitym trudem udało się "ceprom" ustalić wynik meczu Europa- Pakistan na 3:2, co wobec boiska znajdującego się na wysokości bliskiej górnej stacji kolejki na Kasprowy Wierch (1984 m n.p.m.), graniczyło niemal z cudem. A może raczej nasz wspaniały rezultat był efektem słabej popularności omawianej gry w okolicy, czego z kolei nie można powiedzieć o krykiecie, uprawianym przez dzieci i młodzież na prawie każdym zakręcie.
Wspinaczka na jeden z okalających jezioro szczytów otworzyła przed nami wspaniałą księżycową panoramę masywu górskiego Kirthar. Poniżej, w promieniach zachodzącego słońca, połyskiwała zmarszczona tafla Hanna Lake (pierwszego zbiornika wodnego aż od Morza Marmara w Turcji - 5500 km!)
Pod wieczór zaniepokoiła mnie grupka mężczyzn, zbliżająca się z wolna do ogniska. Coraz wyraźniej rysowały się za ich plecami lufy karabinów. Nie znając ich zamiarów siedzieliśmy w bezruchu, nie chcąc prowokować do nagłej nieobliczalnej reakcji. Na czoło wysunął się wyglądający na przywódcę brodacz. W świetle strzelających teraz nieco wyżej płomieni dało się zauważyć typowe wyposażenie plemieńca: AK-47 , ładownice z magazynkami oraz nóż za pasem. Widząc nasze niepewne miny odezwał się łamaną angielszczyzną: "Ja Mustahu, wy się nie bać, my ludzie gór, to nasza ziemia, tu bezpiecznie, witajcie". Uzyskawszy informację skąd jesteśmy, dokąd jedziemy i jak długo mamy zamiar tu zabawić, pożegnali się i rozpłynęli pod osłoną nocy równie nagle, jak się pojawili.

A teraz coś z innej beczki, czyli pierwsze z urzędnikami spotkanie. Wielu naszych lamentuje z powodu polskiej biurokracji, niekończących się kolejek, stosu papierów do wypełniania, bałaganu w biurach itd. Jednak porównując to z gryzipiórkami ze Środkowego Wschodu powinniśmy się cieszyć z powodu tych, jakże małych uniedogodnień.
W Pakistanie przy zakupie choćby biletu kolejowego ze studencką zniżką pojawiają się wielkie schody.
Na dworcu od kasy odesłano nas do zawiadowcy stacji, następnie do pomieszczenia, którego przeznaczenia oraz funkcji osób w nim przebywających nie sposób było odgadnąć. Wśród starych zakurzonych i przepełnionych szaf, uginających się pod ciężarem różnorakiej maści akt, poustawiane były pamiętające zapewne lepsze czasy drewniane biurka zasypane dokumentami przeglądanymi z wolna przez ospałych urzędników. Sprawiali wrażenie, jakby ich ulubioną czynnością było dokładanie opału do trzech pieców ustawionych w pokoju. Z namaszczeniem otwierali żeliwne drzwiczki, wkładali kawałki drewna, zamykali je z mozołem i z wybitnie wielką niechęcią zasiadali do swej pracy.
Czekanie, czekanie i jeszcze raz czekanie, są to trzy główne czynności, a właściwie stany bezczynności, do których należy się przyzwyczaić, a ludzi żyjących w ciągłym pośpiechu może to doprowadzić do furii. Ale dla Polaka nic nowego. Po około godzinie pojawił się urzędnik, z sowitą brodą oczywiście, polecił nam wypełnić formularz uprawniający do uzyskania zniżki 50 % na bilet kolejowy. Po okazaniu legitymacji studenckich, a jak to było w przypadku Richarda legitymacji pracownika wodociągów miejskich miasta Londynu, wydano nam kwitki na zakup upragnionych biletów do Lahore za 1,5 $. Chciałbym w tym miejscu podkreślić, że odcinek drogi żelaznej oddzielający Quettę i Lahore liczy sobie ok. 1300 km !
Wkrótce po tym okazało się, że pojedziemy dalej jednak z Sonją i Angelą. Zwrot biletów również łączył się z wypełnianiem papierów i długim oczekiwaniem na kompetentnego po temu pracownika umysłowego Kolei Pakistańskich. Uff!
Tyle, jeśli chodzi o pierwszy, poważny, acz nie ostatni kontakt z biurokracją na szlaku.
Dalsza podróż ku Himalajom przyniosła każdemu z nas wiele niespodzianek i niezapomnianych przeżyć, ale o tym już wkrótce...

c.d.n. Marcin Obałek

powrót do góry ^