Pod koniec 1997 roku zaczęła kiełkować
mi w głowie myśl, aby odpocząć od zgiełku wielkiego miasta (jakim
niestety jest Poznań), "wspaniałych" zdobyczy cywilizacji,
egzaminów... i pojechać gdzieś daleko, naprawdę daleko i na długo.
.Mój wybór padł na Azję, a konkretnie na Indie. Dlaczego? Być może
ze względu na bogactwo kulturowe, mozaikę grup etnicznych i wierzeń
religijnych, zróżnicowanie klimatyczne, krajobrazowe i przyrodnicze.
Ale chyba przede wszystkim kraje azjatyckie jawiły się, jak wynikało
z chłodnych kalkulacji rodowitego Poznaniaka, jako możliwość odbycia
całkiem poznawczej i przyjemnej podróży za całkiem niewielkie pieniądze.
Jednakże przy przedsięwzięciach tej rangi nie wystarczy spakować
plecaka, zabrać paszportu, pożegnać się z rodzinką i ruszyć w świat,
jak gdyby to miał być obóz wędrowny po Beskidzie Niskim, wycieczka
rowerowa w Alpy, czy też wypad "stopem" do Szkocji.
Aby uchronić się przed czyhającymi gdzieś w tropikach potencjalnymi
sprawcami ciężkich chorób mogących pokrzyżować nawet najambitniejsze
plany, czyli np. wirusami zapalenia wątroby typu A i B, zapalenia
opon mózgowych, wścieklizny czy choćby bakteriami tężca lub duru
brzusznego, należy poddać się serii szczepień.
Do najmniej przyjemnych spraw należy jednak zdobywanie wiz. Jedne
załatwiane są prawie od ręki, na inne trzeba czekać po trzy tygodnie
i dłużej. Oczywiście każda operacja, tj. bieganie z paszportem od
ambasady do ambasady, wiąże się z przybyciem do stolicy. Autostopem
zajmuje to około 4-6 godzin w jedna stronę. (Łącznie zebrało się
tylko do Warszawy i z powrotem przeszło 3600 km.)
Oczekując na wizy, a właściwie na pozytywne bądź negatywne rozpatrzenie
wniosku, miałem dostatecznie dużo czasu, na przewertowanie sterty
encyklopedii, albumów, map oraz literatury dotyczącej interesujących
mnie regionów.
Z końcem ubiegłego lata znalazłem się w niemal krytycznym położeniu.
Zakładałem przejazd drogą lądową przez Chiny, Pakistan do Indii.
Pojawiły się problemy z otrzymaniem wizy chińskiej, wobec czego
cała wyprawa stanęła pod znakiem zapytania, tym bardziej ze jedyne
przejście graniczne Chiny - Pakistan znajdujące się w górach Karakorum
na wysokości 4700 m n.p.m.(przełęcz Khunjerab), otwarte jest oficjalnie
do końca października lub też krócej ze względu na częste lawiny
lub nagłe opady śniegu. Nie mogłem dłużej czekać ryzykując utknięciem
aż do późnej wiosny w jakiejś ujgurskiej wiosce (pd.- zach. Chiny,
prowincja Xinjang).
Postanowiłem więc zmienić trasę i jechać przez Turcję oraz Iran.
Wyjazd przeciągnął się o kolejny miesiąc.
Planowałem znaczną część trasy pokonać rowerem, do czego od dłuższego
czasu się przygotowywałem. Niestety dziwne regulacje prawne niektórych
państw, wymagające specjalnych zezwoleń na wwóz tego rodzaju jednośladów,
skutecznie zniechęcają potencjalnych cyklistów. Ostatecznie postanowiłem
wyruszyć jedynie z plecakiem, dowiedziawszy się w jednej z ambasad,
że mój pojazd może zostać skonfiskowany na granicy. Szkoda.
Jest dzień 30. października Roku Pańskiego 1998. Udało się! Siedzę
w pociągu pospiesznym relacji Poznań - Kraków. Jedyne, co mnie w
tej chwili przeraża, to ciężar ponad trzydziestopięciokilogramowego
plecaka zawierającego to, co najważniejsze, aby przetrwać, czyli,
miedzy innymi: tygodniowy zapas prowiantu, nóż, kuchenkę naftową,
sztormiak, trochę ciuchów, zestaw wędkarski, skalpele chirurgiczne,
pięciolitrowy bukłak na wodę, puchowy śpiwór, apteczkę mogącą śmiało
służyć ponad rok poniewieranemu przez różne dolegliwości organizmowi,
dwa i pół kilograma map oraz przewodników, no i, co najważniejsze,
sprzęt fotograficzny (stara poczciwa Practica MTL 3, trzy obiektywy
i masa filmów).
Nazajutrz dotarłem na Ukrainę w okolice Lwowa, skąd kilkoma przepełnionymi
do granic możliwości autobusami dostałem się po kilkunastu godzinach
upiornej jazdy na granicę z Rumunią. Temperatura nad ranem spadła
poniżej zera, co odnotował termometr pokładowy. Dalej poszło już
gładko. Złapałem "stopa" do Bułgarii.
Czwartego dnia układałem się do snu w parku pod Błękitnym Meczetem
w Istambule. O godzinie 5.30 wyrwał mnie z błogiego snu głos Muezina
nawołującego do porannej modlitwy. Turcję traktowałem jednak jako
kraj tranzytowy. Nie miałem zamiaru tu dłużej zabawić. Została jeszcze
tylko sprawa przeprawienia się na drugą stronę Bosforu. Po drodze
do portu natknąłem się na dwóch zagubionych studentów z Casablanki
(Maroko). Błądzili oni między ciasnymi uliczkami starego miasta.
Otóż szukali drogi do... Aten i pytali się czy przypadkiem nie wiem
jak się tam dostać. Podałem im kilka możliwości, po czym zaproponowali
mi abym został ich przewodnikiem. Oczywiście mieli pokryć koszty
z tym związane. Tylko niestety tak się właśnie składało, że Ateny
leżą w dokładnie przeciwnym kierunku od wyznaczonej przeze mnie
trasy. Po wymianie adresów rozstaliśmy się. Kto wie może kiedyś
w Casablance...
Prom właśnie odbił od brzegu, by po kilkunastominutowym rejsie podpłynąć
do przystani nieopodal dworca kolejowego Hydarpasa
A więc... WITAJ AZJO ! ! !
W Turcji porozumiewanie nie stanowi większego problemu, zakładając,
że znamy choćby podstawy angielskiego czy niemieckiego. Może okazać
się pomocne przyswojenie kilku słów w języku miejscowym, tj. cześć,
dziękuję, przystanek autobusowy, dworzec itp.
Zakładając, że podróż pociągiem należy do najwygodniejszych, perspektywa
spędzenia najbliższych 35 godzin w ciasnym przedziale nie przedstawia
się najgorzej.
W miarę powolnego przemierzania w kierunku wschodnim Wyżyny Anatolijskiej
krajobraz staje się coraz bardziej surowy, nieprzyjazny. Drzewa
porastające wcześniej doliny rzek ustępują z wolna roślinności stepowej
i półpustynnej.
Czas umila rozmowa z konduktorem prowadzona w łamanym języku niemiecko
- angielsko - turecko - migowym oraz pita litrami przesłodzona herbata.
O aktywności sejsmicznej niektórych regionów Turcji świadczą choćby
wulkany; u podnóży jednego z nich toczy się właśnie pociąg. To majestatyczny,
ośnieżony Erciyas mierzący 3916 m n.p.m. (pd. - wsch. Anatolia)
Im dalej na wschód, tym więcej wojska, eskortowanych konwojów, czołgów
i CKM-ów na dworcach.
To wszystko za sprawą bojowników kurdyjskich starających się wywalczyć
niepodległość, bądź autonomię dla tureckiego Kurdystanu. Powoli
stają się uciążliwe nieustanne kontrole żołnierzy poszukujących
przemycanej broni tudzież narkotyków. Dojeżdżając do granicy z Iranem
ukazuje się z wolna góra Ararat 5165 m n.p.m. (tur. Agri - Dagi),
będąca wygasłym stożkiem wulkanicznym, a zarazem najwyższym wzniesieniem
Turcji. Na niej to miała przed wiekami spocząć Arka Noego. Wyżyna
Armeńska, na której zachodnim krańcu leży Ararat jest zarazem najbardziej
narażonym na trzęsienia ziemi regionem w Azji Mniejszej.
Graniczne miasteczko Dogubayazit nie przedstawia się imponująco,
a odrapane fasady budynków z kruszejącymi cegłami i kilka brudnych
hoteli pamiętają z pewnością lepsze czasy i z pewnością nie zasługiwałyby
na odwiedziny, gdyby nie fakt, że jest tu możliwość złapania jakiegoś
transportu do Iranu. Do tego okolice nie słyną z bezpieczeństwa,
o czym, oprócz licznych patroli wojskowych, świadczą choćby podziurawione
kulami znaki drogowe spełniające doskonale funkcję tarcz ćwiczebnych
dla snajperów. Jaskrawe odzienie byłoby tu jak najbardziej nie na
miejscu...
Po zwiedzeniu jedynej atrakcji turystycznej w okolicach Dogubayazitu,
którą są funkcjonujące aż do XVIII w. założenia forteczne i pałacowe
Ishaka Paszy, udałem się do miasteczka w celu zorganizowania jakiegoś
transportu do granicy. Po chwili siedziałem w mikrobusie z twarzą
przyciśniętą do szyby na skutek dwukrotnego bodaj przekroczenia
limitu pasażerów. Miejsce przy oknie pozwalało, po pierwsze, na
zaczerpnięcie odrobiny świeżego powietrza, co wydatnie zwiększyło
szansę na przetrwanie, gdyż powietrze z czasem stało się tak gęste
od dymu papierosowego (prawie każdy osobnik płci męskiej wypalał
od kilku do kilkunastu papierosów na godzinę), iż niemal możliwe
byłoby zawieszenie w nim siekiery! Po drugie pozwalało na obserwowanie
ośnieżonego szczytu góry Ararat oraz napotykanych co jakiś czas
wypalonych wraków samochodów, świadczących nienajlepiej o umiejętnościach
tutejszych kierowców, a zarazem niosących pewne przesłanie dla potencjalnych
podróżnych: zawróć póki czas!
Wbrew wcześniejszym obawom związanym z przekraczaniem granicy turecko-irańskiej,
wszystko poszło sprawnie, szybko i nawet nikt nie zainteresował
się zawartością mojego plecaka. Czyżby dzień dobroci dla turystów?
Tak więc po ośmiu dniach, odkąd wyruszyłem z domu, legendarna Persja
stała otworem. Świat, który przyjdzie mi dopiero poznawać jawił
się jakże odmienny, egzotyczny w porównaniu tego z kręgu kultur
i tradycji europejskich. Musiałem przystosować się do panujących
zwyczajów, uważając na odczucia religijne tubylców , no i nie chcąc
narazić się władzom. Przyjdzie mi między innymi na blisko dwa miesiące
zapomnieć, mimo panujących upałów, o krótkich spodenkach!
W roku 1979 rewolucja islamska z Ajatollahem Chomeinim na czele
obaliła cesarskie rządy Szacha Mohammada Rezy Pahlawiego ustanawiając
państwo teokratyczne podporządkowane zasadom islamizmu. Względna
wolność jaką cieszyli się obywatele odesxła w niepamięć. Zaczęła!obowiązywać
ostra cenzura oraz zakaz tańca, śpiewu oraz gier hazardowych. Przynajmniej
szachy powróciły do łask w 1989 r.
Jeśli chodzi o kobiety, są one, w przeciwieństwie do mężczyzn, w
naprawdę nieciekawym położeniu społecznym. Obowiązuje je np. noszenie
czadorów, czyli na ogół czarnych płóciennych peleryn pozwalających
jedynie na odsłonięcie twarzy.
Nawiązanie choćby kontaktu wzrokowego z nie spokrewnioną dziewczyną
jest w miejscach publicznych niedopuszczalne. Pewien wędrowiec ze
Słowenii został pobity w Teheranie przez opiekuna miejscowej piękności
tylko dlatego ,iż na nią zerkał. Bliższe kontakty, jak choćby rozmowa
czy trzymanie się za rękę może zakończyć się tutaj w areszcie. O
wymianie pocałunków lepiej nie myśleć. Potencjalnie groziłaby za
taki występek kara śmierci. Oj, ciężko być młodym Irańczykiem. Na
domiar złego niemal wszystkie małżeństwa aranżowane są przez rodziców.
Pomimo głoszonej propagandy, jak choćby plakatów typu "USA,
Izrael twój wróg!", oraz niezbyt przyjaznych stosunków rządu
z częścią krajów europejskich, ludzie zaskakują większość obcokrajowców
swą gościnnością, stosując się do maksymy "Gość w dom, Bóg
w dom". Odczułem ją błyskawicznie na własnej skórze. Dotarłszy
do pogranicznego miasteczka Maku zostałem, po bodaj półgodzinnym
pobycie, zaproszony do domu nauczyciela języka angielskiego. Jak
w typowym średniozamożnym domostwie tej części świata buty zdejmuje
się przed progiem, by następnie zasiąść na bajecznie kolorowych,
grubych dywanach, często ręcznie tkanych, a wyściełających nie tylko
podłogi w pokojach lecz także ściany.
Codzienny posiłek składa się obok owoców tj. granaty, kiwi czy daktyle,
z czelo Khoresza czyli ryżu z mięsem, warzywami i orzechami oraz
lawasza - rodzaju chleba w postaci cienkich placków pieczonych bez
drożdży. Jedząc należy przede wszystkim pamiętać aby czynić to prawą
ręką (na ogół nie używa się sztućców), gdyż lewa z racji pełnienia
innej, jakże ważnej funkcji, uważana jest za "nieczystą".
Za napój narodowy można by uznać herbatę, pitą wszędzie i przy każdej
okazji, przy czym ilości cukru w niej rozpuszczone przyprawiają
o mdłości. Mocniejsze trunki są zakazane, tak więc zostaje czarny
rynek, bądź domowe destylaty.
Śpi się także na dywanach wykładanych na noc materacami, przy czym
kobiety śpią zawsze w oddzielnym pomieszczeniu. Ze względu na brak
zbędnego umeblowania jakimi są krzesła i stoły, niekiedy małe domy
mogą pomieścić naprawdę zadziwiająco wielu gości. Ponieważ niewielu
obcokrajowców odwiedza te strony, Irańczycy chcieliby dowiedzieć
się o nich jak najwięcej np. skąd są, co robią, dokąd jadą, jaka
jest sytuacja polityczna w ich krajach itd. Niełatwo jest się wręcz
wydostać od tych nadopiekuńczych ludzi.
Zdecydowana większość Irańczyków nie włada językiem angielskim w
stopniu choćby podstawowym. Nastręcza to zatem wielu kłopotów. Pytając
się o godzinę odjazdu autobusu, nazwę miasta czy kierunek w jakim
chcielibyśmy się udać, odpowiedź brzmi; "Yes, Mister.".
Bez słowniczka łatwo byłoby się zgubić. Nagminnym zjawiskiem jest
obleganie turystów przez rzesze ludzi pojawiających się nagle zewsząd.
Potrząsają wówczas głowami dziwnie gestykulując rękoma i zadając
standardowe pytanie: "Kudźia?", czyli "Skąd?"
Odpowiedź brzmi: "Lachestan." (polski odpowiednik w języku
perskim). Powtarzają z niedowierzaniem. Słyszy się też nieustanne
powitanie: "Hello, Mister, hello, Mister!", przy czym
ludzi pojawia się coraz więcej z każdą minutą. Wybawieniem okazać
się może, ktoś, kto zgłębił tajniki angielskiego. Pomoc zjawia się
w ostatniej chwili rozładowując sytuację.
Iran, oprócz interesującej kultury, to także fascynujące zabytki.
Wielkie meczety zachwycają rozmiarami swych kopuł i minaretów, błękitnymi
mozaikami ułożonymi w geometryczne wzory. Wiele tu świadectw starożytnej
kultury, jak choćby Persepolis, którego budowę rozpoczął Dariusz
I panujący w latach 521-485 p.n.e., a spalone w trakcie zwycięskiego
pochodu wojsk Aleksandra Wielkiego w 331 r. p.n.e.
Jeżdżąc od miasta do miasta dostałem się do Szirazu, gdzie, kręcąc
się wśród zaułków średniowiecznego Vakil - bazaru z roznoszącymi
się dookoła zapachami wonnych przypraw, warsztatów rzemieślników
wytwarzających miedziane naczynia, jubilerów i wielu innych, natknąłem
się na młodego derwisza (rodzaj muzułmańskiego wędrownego ascety),
który postanowił oprowadzić mnie po mieście. Podobnie jak ja udawał
się na północ. Pojechaliśmy razem do Persepolis. Gdy tam dotarliśmy,
zaczęło już zmierzchać. Poszukaliśmy dobrego miejsca na obozowisko
pod chmurką i ułożyliśmy się do snu nie przewidując tego, co miało
się wydarzyć nocą.
Na obozowisko przypuściło atak stado pustynnych lisów rozkradając
prowiant, ubrania i sprzęt biwakowy. Ciężko było je przepędzić podchodząc
coraz to bliżej. Rano znajdowałem buty, puszki a nawet sztućce w
promieniu kilkudziesięciu metrów od ogniska. Nóż w skórzanej pochwie
i część racji żywnościowych przepadło bezpowrotnie. Wynik rozgrywki
ludzie kontra lisy 0:1. Po zwiedzeniu starożytnych pozostałości
słynnego w świecie antycznym grodu, bogatszy o doświadczenia ubiegłej
nocy, pomaszerowałem z "moim" derwiszem w kierunku pobliskiej
drogi, starając się złapać "stopa", który zawiózłby nas
na północ do Yazdu lub jednej z wielu innych oaz...
Taras, na którym zbudowane były pałace Persepolis, jest rozległą
platformą u stóp skały. Od strony doliny obszar umocniony jest potężnymi
murami pięciometrowej grubości. Do zespołu pałacowego w przemyślny
sposób doprowadzono wodę, a także zbudowano system kanalizacji.
Na wielki taras Persepolis wchodzi się od zachodu po stopniach podwójnie
dekorowanej reliefami rampy. Po kilku kolejnych krokach na nasypie
wyrasta monumentalne wejście, zwane w inskrypcji Bramą Wszystkich
Ludów, ozdobione postaciami dwóch uskrzydlonych byków. Kilka budowli,
a właściwie to, co po nich pozostało, zasługuje na szczególną uwagę.
Są to, między innymi, Apadana Kserksesa (486-465 r p.n.e.) - największa
sala kolumnowa z czasów starożytnych (o powierzchni blisko 1000
m kw.!), czy Sala Stu Kolumn będąca niegdyś salą tronową Artakserkesa
I.(465-424 r p.n.e.), przy czym same kolumny liczyły po 9 metrów.
Mimo wszystko, aby choćby wstępnie zapoznać się z nagromadzonymi
tu pamiątkami minionych tysiącleci potrzebowałem dobrych kilku godzin.
Pora dnia ma wielkie znaczenie przy planowanym zwiedzaniu, szczególnie
jeśli interesujące nas obiekty znajdują się na wolnym powietrzu.
Będąc pierwszym rannym gościem ma się komfort przebywania prawie
sam na sam ze sztuką przez wystarczająco długi czas, aby w spokoju
nacieszyć nią oko. Zwykle około godziny 10. zaczynają pojawiać się
pierwsze "spędy", czyli szkolne wycieczki oraz masowo
krajowi turyści indywidualni, o szczególnym nasileniu w piątki (dotyczy
to oczywiście miejsc o charakterze typowych atrakcji turystycznych).
Potrafią oni wyjątkowo szybko zniechęcić do zwiedzania nawet najwytrawniejszych
miłośników arcydzieł starożytnych kultur. Poza tym chyba nikogo
nie trzeba przekonywać do efektów płynących z fotografowania przy
niskim porannym słońcu.
Gdy przedpołudniowe upały Wyżyny Irańskiej zaczynały powoli dawać
znać o sobie, postanowiłem ruszyć w dalszą drogę na północ. Towarzyszył
mi młody derwisz Ami Rezo, którego skromny ekwipunek znacznie ucierpiał
podczas ubiegłonocnej potyczki z pustynnymi lisami, a chwilowo stał
się moim przewodnikiem po Farsilandzie. Pomimo znacznej bariery
językowej (osobiście znałem więcej słów w farsi niż Ami po angielsku)
potrafiliśmy nawiązać wzajemny kontakt i to nie tylko na drodze
migowego przekazu. Główną role w wymianie kulturowej odgrywała piosenka.
Po stronie Irańskiej był to niewiarygodnie bogaty repertuar o motywie
religijnym, a po stronie polskiej przechodził od pieśni ludowych,
żołnierskich i kolęd, do piosenek harcerskich i turystycznych, zahaczając
po drodze o szanty i utwory rodzimych zespołów big-bitowych.
Po kilkudziesięciu minutach marszu ledwo dostrzegalną ścieżynką
dotarliśmy przypadkiem do obozowiska nomadów- ludzi pustyni. Odbywali
oni wówczas wędrówkę związaną z poszukiwaniem lepszych pastwisk
dla swych stad. Ustawienie namiotów (ich jedynych domostw) przypominało
w przybliżeniu okrąg, wewnątrz którego wokół kilku palenisk krzątały
się kobiety przygotowując posiłek dla swych mężczyzn. Niestety,
gdy tylko zauważyły nadchodzących obcych czmychnęły czym prędzej
skrywając się w cieniu ośmiobocznych, ostro zakończonych na szczycie
a pozszywanych z większych i mniejszych kawałków płótna namiotów.
Naprzeciw nam wyszedł wyglądający na przywódcę grupy starszy człowiek
z siwą brodą i turbanem na głowie w towarzystwie dwóch kompanów.
Po tradycyjnym muzułmańskim powitaniu, tj. wypowiedzeniu słów "Sallam
Alejkum" i odpowiedzi "Wu Alejkum u Sallam" oraz
uściśnięciu dłoni i, lewą ręką, przedramienia witanej osoby, a następnie
położeniu dłoni na własnej piersi, przedstawiliśmy się sobie wzajemnie,
po czym zaproszono nas na wspólny posiłek. Przy tego typu przyjęciach
kobiety z konserwatywnych rodów nie mają prawa do uczestniczenia,
ani nawet do przygotowywania posiłku dla gości, przy czym przez
cały czas pozostawały w ukryciu. Tak więc niestety moje obserwacje
życia nomadów skupić się musiały na brzydszej ich części. Wpływ
długotrwałego przebywania w niekorzystnych warunkach nie jest obojętny
na tych przyjaznych, posiadających, jak sądzę, poczucie humoru ludzi.
Ich twarze wystawione na działanie palącego słońca, wiatru oraz
piasku wydają się być znacznie, znacznie starsze niż są w rzeczywistości.
Skórę stóp i dłoni mają tak suchą i poprzecinaną bruzdami i spękaniami,
że nawet u dzieci przypomina ona często skórę stuczteroletniego
starca.
Skosztowawszy kozi ser i cieplutkie lawasze popijane herbatą z,
oczywiście, kozim mlekiem, ruszyliśmy do przebiegającej nieopodal
szosy z nadzieją zatrzymania jakiegoś kierowcy. Znikome natężenie
ruchu dawało niezbyt optymistyczne prognozy co do szybkiego wyrwania
się z bezwzględnego, rozpalonego słońcem płaskowyżu. Nic bardziej
mylnego! Pierwsza przejeżdżająca ciężarówka z osiemnastoma tonami
cukru na pokładzie, na widok wyciągniętej ręki zahamowała z piskiem
opon. Szoferem - dobroczyńcą okazał się być obywatel irańskiego
Kurdystanu - Farhad. Wielogodzinna jazda pozwoliła mi nieco na zgłębienie
informacji o aktualnej sytuacji wielomilionowego narodu bez własnego
państwa. W odróżnieniu od Kurdów zamieszkujących Turcję czy Irak,
tym z kraju Persów wiedzie się wcale nie najgorzej. Do pewnych swoistych
atrakcji tego niecodziennego rajdu należały drzemki na plandece
w cieniu skał oraz pokonywanie stromych podjazdów na przełęcze w
górach Zagros z zawrotną prędkością 15km/h, co pozwalało przynajmniej
na podziwianie wolno przesuwającego się krajobrazu.
Dotarłszy do Yazdu, miasta - oazy znajdującego się na środku pustkowia,
udałem się na rozpoznanie. Gród ten posiada bowiem niebanalną historię.
Na przełomie VII / VI w p.n.e. Zaratustra utworzył tu nowy nurt
religijny, zoroastryzm, będący modyfikacją mazdaizmu. Na jednym
z pobliskich wzgórz znajdują się dwie Wieże Milczenia o średnicy
ok. 30. metrów. Służyły one wyznawcom zoroastryzmu w ostatnim etapie
ich ziemskiej tułaczki. Zwłoki pozostawiano w nich na specjalnych
platformach do czasu oczyszczenia szkieletów ze zbędnej tkanki przez
ptaki. Samo miasto było jedyne w swoim rodzaju. Centralnie położoną
jego część liczącą lekko parę setek lat zbudowano głównie z... gliny.
Drewno, jako materiał budowlany, rzadko występujący w tych stronach
wykorzystywano głównie do konstrukcji stropów, podłóg i drzwi. Wąziutkie
uliczki ze swymi bocznymi odgałęzieniami prowadzącymi często donikąd,
tworzą tam istny labirynt, po którym co zdolniejsi byliby w stanie
krążyć godzinami. Zdarza się, że ściany domów są tak blisko siebie,
że przechodzień nie ma możliwości minięcia na tym odcinku kogokolwiek.
Niespotykanym nigdzie indziej elementem architektonicznym są w Yeźdźie
wierze wiatrowe - czworo, bądź ośmioboczne konstrukcje wystające
3-6 metrów ponad dachy budynków, spełniające funkcję naturalnej
klimatyzacji. Ich zadaniem jest mianowicie wyłapywanie nawet najmniejszej
bryzy znad pustyni i kierowanie jej do wnętrz mieszkalnych chłodząc
je zarazem.
Czas biegł nieubłaganie. Pożegnawszy się z Ami Rezą udałem się autobusem
kolejne 550 km na wschód aż do miejscowości Bam, położonej na skraju
Pustyni Lota - Dasht-e-Lut. Jedynym powodem, dla którego się tu
zatrzymałem była późnośredniowieczna twierdza Arg-e-Bam. Co by dużo
nie mówić, jest to jedno z najokazalszych i największych, zachowanych
w tak dobrym stanie założeń fortecznych w całej Azji. Na jego ogrom
składa się cytadela górująca nad resztkami miasta otoczonego murem
o obwodzie liczącym ponad kilometr, i o wysokości 10 do 14 metrów.
W Bamie właśnie poznałem Richarda z Anglii, Jana i Bosztiana ze
Słowenii, z którymi to podróżowałem przez trzy kolejne miesiące.
Pierwszą naszą wspólną przygodą miał być wypad na pobliską Pustynię
Lota, ale to już zupełnie inna historia...
Opuszczając o zachodzie słońca mury niezamieszkałego dziś, aczkolwiek
imponującego swym ogromem miasta-fortecy - Arg-E-Bamu, zastanawialiśmy
się jak wykorzystać ostatnie dni ważności naszych wiz, zakładając,
że na 460 kilometrowym szlaku wiodącym stąd prosto do Pakistanu,
nie ma nic godnego uwagi. Wpadliśmy z Janem, Bosztianem i Richardem
na pomysł zorganizowania wypadu na otaczającą nas ze wszech stron
Pustynię Lota - Dasht-E-Lut. Miasteczko Bam wraz z przylegającymi
doń wioskami jest bowiem tonącą w zieleni oazą z niezliczona ilością
drzew daktylowych wśród bezkresu kamiennego rumoszu i pozbawionych
niemal wszelakiej roślinności wzgórz. Kontakt ze światem zewnętrznym
zapewniony jest tu przede wszystkim dzięki przebiegającemu nieopodal
traktowi, który to przecina wyżynę z zachodu na wschód.
Zgromadziwszy odpowiednie zapasy energii, głównie w postaci sterty
lawaszy, czekolady "z metra", białego sera oraz cukru
odrąbywanego na poczekaniu młotkiem od kilkunastokilogramowych brył
w kształcie stożka, oraz zabraniu odpowiednich ilości wody (jakieś
5l na głowę), ruszyliśmy powoli na podbój pustkowia. Znajomy taksówkarz
za kilkadziesiąt tumanów wywiózł nas parę kilometrów za ostatnie
zabudowania (o ile lepianki i szałasy pasterzy można za takie uznać).
Po drodze mijaliśmy tablice z angielskim napisem "HOPE TO SEE
YOU AGAIN" czyli "Mam nadzieję ujrzeć cię ponownie"
, który to nastrajał nas raczej pozytywnie, jeśli chodzi o szczęśliwy
powrót z wycieczki. Choć z drugiej strony... Czyżby miał na uwadze
tych, którzy nigdy nie wrócili? Ale my, to my! Mamy ze sobą przecież
koreańską busolę i kiepską, bo kiepską, ale zawsze jakąś mapę okolicy
(w skali 1:1,5mln). Do tego w nocy pomogą nam gwiazdy. Czegóż więc
tu się bać? Poszliśmy zatem przed siebie, kierując się na pobliskie
wzgórze (azymut 20) w celu rozpoznania terenu. Z czasem słońce zaczęło
dawać coraz bardziej we znaki, a nasze plecaki, mimo ubywającej
w zastraszającym tempie wody, nie wiedzieć czemu, wydawały się być
coraz to cięższymi. Temperatura w cieniu przekraczała 37oC. Tylko
o czym ja właściwie mówię... Oprócz cienia, jaki można znaleźć kuląc
się za plecakiem, istnieje jedynie ten pomiędzy zachodem a wschodem
słońca. Tempo naszego marszu wobec zaistniałych czynników drastycznie
zmalało. Co gorsza, po przeszło pięciu godzinach odkąd wyruszyliśmy,
wzgórze, będące początkowym celem wędrówki, wcale się nie przybliżyło.
Jednak niektórym wiedzie się na pustyni, z dala od miejskiego zgiełku,
niewyszukanego towarzystwa i wszelakich oznak cywilizacji, zupełnie
nienajgorzej. Pustynna jaszczurka, bo o niej tu mowa zażywała w
najlepsze kąpieli słonecznej, czekając na jakiegoś zabłąkanego owada
mogącego wzbogacić jej dzisiejsze menu, gdy nagle zza głazów wyłoniły
się cztery pokryte pyłem, sapiące i ledwo człapiące postaci. Przyglądała
się chwilę ciekawie tym dziwnym "stworom" i - gdy już
przymierzałem się do uwiecznienia gada na błonie fotograficznej
- czmychnęła złośliwie niczym "Struś Pędziwiatr", pozostawiając
za sobą niezbyt fotogeniczny obłoczek kurzu.
Zaczęło zmierzchać, przy czym nasilająca się wieczorna bryza przynosiła
ulgę nieprzystosowanym do panującej pogody Europejczykom.
Od pewnego czasu obserwowaliśmy niepokojącą nas w oddali linię przecinającą
obrany wcześniej azymut. Mimo wszystko, nie czas się martwić gdy
w brzuchu burczy. Tamta kolacja miała dla mnie wymiar symboliczny.
"Poszła" ostatnia puszka turystycznej, a co gorsza skończył
się domowy smalec. Oznaczało to definitywnie potrzebę przestawienia
diety na pikantną, oj bardzo pikantną kuchnię orientalną. Cóż.
Noc nieoczekiwanie przyniosła porywisty wiatr, piasek przedostawał
się wszędzie tam, gdzie tylko chciał, plecaki przed porwaniem ratowało
ich wcześniejsze związanie. Co lżejsze, poniewierające się luzem,
elementy ekwipunku oczywiście odfrunęły np.: mapa czy worek z herbatą,
inne trzeba było nazajutrz odkopywać.
Rano obudził nas ryk przelatującego bardzo, bardzo nisko myśliwca.
Wyjaśniła się także sprawa dziwnej linii - był to płot ciągnący
się przez pustynię bez wyraźnego końca czy początku. W tym rejonie
jego obecność związana być mogła tylko z jednym: mianowicie z bazą
wojskową tudzież lotniskiem
Jednomyślnie postanowiliśmy zawrócić, póki jeszcze sił starcza,
oddalając ryzyko ewentualnej detonacji jakiegoś niewybuchu czy miny.
Czyżby porażka ? Raczej nie, ale na pewno następnym razem na "zwiedzanie"
pustyni udam się na grzbiecie wielbłąda, a w najgorszym wypadku
jeepem z napędem na cztery koła!
Gdy Iran częściowo zaspokoił moją ciekawość pojechałem wraz ze starymi
znajomymi na jedyne oficjalne przejście graniczne z Pakistanem znajdujące
się w miejscowościach Mirjaveh/Taftan. W miarę zbliżania się do
granicy afgańsko - pakistańskiej, coraz bardziej uciążliwe stawały
się policyjne drogowe kontrole usiłujące bezskutecznie ukrócić przemyt
narkotyków, których głównym odbiorcą jest Europa Zachodnia. Ale
o tym opowiem może innym razem...
Granica dzieląca oba kraje, rozdziela zarazem dwa podobne, ale jednak
jakże inne światy. Pakistan to, obok przemieszczania się z punktu
A do B, głównie podróże w czasie. W granicznej osadzie, a właściwie
koczowisku zwanym Taftanem, kończy się nawet asfalt, a sklecone
naprędce z blachy, kartonu i szmat budy spełniają rolę domów, restauracji
i hoteli, z których unosi się na całą okolicę woń palonego haszyszu
oraz opium. Z racji braku kanalizacji "wszystko" płynie
(lub stoi), w wyżłobionych w spękanym gruncie rynsztokach. Kozy
wyjadają resztki ze śmietników oraz podgryzają tekturowe poszycia
slumsów. Z rzadka słychać odbijające się echem w górach odgłosy
wystrzałów. Jednym słowem - ostatnie miejsce na Ziemi nadające się
na nocleg. A jednak! Kursujący raz w tygodniu pociąg do najbliższego
miasta Quetty, oddalonego o, bagatela, 600 km właśnie uciekł, a
autobusy napchane są po dach. Jak nas zapewniał pewien oficer policji:
"Tu jesteście bezpieczni, bo to już nie Iran, tylko Pakistan".
W tej chwili jakiś Pasztun przechodził nieopodal z kałasznikowem
na ramieniu. Dostaliśmy na noc miejsce pod schodami na tyłach posterunku.
Podczas gdy nazajutrz próbowaliśmy wydostać się z tego wyjętego
spod prawa miejsca (nie ostatniego jak się później okazało) pojawiła
się w tumanach wzbijanego kurzu, jakby na życzenie, czerwona furgonetka
na niemieckich numerach. W szoferce siedziały dwie umorusane smarem
dziewczyny, Sonja i Angela, hodujące ze względów praktycznych dredy
na głowie. Nad całością czuwał z pozoru tylko groźny Santos - pies
butojad. Byliśmy uratowani!
Tak, mieliśmy niezłego farta łapiąc takiego "stopa". Tym
samym wizja pozostania na kolejną noc w tej odstraszającej dziurze
spod znaku zabłąkanej kuli odeszła w zapomnienie.
Wrzuciliśmy czym prędzej na "pakę" nasze toboły i już
mieliśmy odjeżdżać, aż tu z przeraźliwym brzękiem zdezelowanego
klaksonu podjechał Jurgen rodem z Kolonii, przemierzający świat
motorowerkiem o pojemności silnika 50 cm3! Podniósł na czoło swoje
lotnicze gogle i spytał, czy by się i dla niego miejsca nie znalazło.
Okazało się bowiem, że na skutek pewnych niedopatrzeń natury czysto
papierkowej nie może jechać dalej swoją motorynką na przełaj przez
Pakistan. Aby uzyskać odpowiednie zezwolenie musi pod eskortą policji
udać się do stolicy pustynnego Beludżystanu - Quetty.
Nieoczekiwanie kolejnym uczestnikiem rajdu Berlin - Kathmandu okazał
się być Santos, pies podróżnik, W taki oto przypadkowy sposób utworzona
została międzynarodowa ekipa w składzie: troje Niemców, po dwóch
Słoweńców i Pakistańczyków, Anglik, Polak, japońska motorynka i
Santos - obywatel świata.
Ruszyliśmy więc na wschód mając ciągle na uwadze, że tuż za ciągnącymi
się na północ od drogi wzgórzami znajduje się mityczny Afganistan.
Krajobraz zaczął nas wszystkich z wolna nużyć. Na odcinku - bagatela
- 4,5 tysiąca kilometrów z dobrym hakiem, za wyjątkiem kilku miast
i nielicznych oaz, towarzyszyła nam w gruncie rzeczy pustynia, tyle,
że bardziej lub mniej pofałdowana. Na dodatek stałym bywalcom klimatu
umiarkowanego nie w smak były listopadowa spiekota i piaskowe zawieruchy.
Nie przeszkadzało to natomiast w zupełności tubylcom i karawanom
złożonym głównie z wielbłądów i osłów, które zdawały się być zadowolone
z jesienno - zimowych "chłodów". Latem musi tu panować
istne piekło, a każdy człowiek z dalekiej północy, który by się
o owej porze tu zapuścił to albo szaleniec, albo samobójca.
Zresztą, człowiek sobie jakoś poradzi, co się zaś sprzętu fotograficznego
tyczy, to jeszcze raz stara, poczciwa Practica pokazała swoją wyższość
nad supernowoczesnymi aparatami z autofokusem i innymi jeszcze cudami,
które po prostu odmawiały posłuszeństwa.
Z nadejściem zmierzchu należało przerwać jazdę, gdyż miejscowym
kierowcom nie przeszkadza w żadnym razie brak oświetlenia, bo przecież
przy dobrej pogodzie blask księżyca jest wystarczający do kontynuowania
podróży. Najważniejsze, to znaleźć wieczorem w miarę ustronne miejsce
na nocleg, ale nie zawsze jest to takie łatwe, jak by się mogło
wydawać. Im mniej bowiem ludzi wie o nas, tym jesteśmy bezpieczniejsi.
Pewnego razu spaliśmy przy wozie na matach. Rankiem obudził nas
głuchy odgłos kamieni spadających na samochód. Jakiś odważniak z
grupki około dwudziestu mężczyzn wychylających się zza pobliskiego
żywopłotu postanowił sprawdzić czy aby żyjemy. Podobne sytuacje
nie należały do rzadkości.
Trasa, którą podążaliśmy to jednocześnie jedyny oficjalny szlak
łączący Iran i Pakistan, stąd też spory jak na owe warunki ruch
sprzyjał funkcjonowaniu punktów gastronomicznych. Najczęściej działały
one na zasadzie symbiozy ze stacjami paliw rozrzuconymi co 100 -
200 kilometrów. Przed każdą jadłodajnią stoją łóżka na drewnianych
nogach, tyle, że zamiast sprężyn mają rozpiętą na drewnianej ramie
plecionkę z rzemienia bądź liny konopnej. Na nich to siedząc po
turecku spożywa się posiłek za dnia, w nocy zaś spełniają swoją
właściwą funkcję służąc strudzonym kierowcom i ich pasażerom.
Dania przez nie serwowane nie należały może do wyszukanych. Powiem
śmiało - były paskudne (poza może ciepłymi podpłomykami - czapatti),
ale nie było niestety niczego innego, czym dałoby się wypełnić brzuchy.
Na dokładkę, solidaryzując się z wegetarianami na pokładzie Sonją
i Angelą postanowiliśmy zgodnie nie jeść mięsiwa na czas wspólnej
podróży. Drugi raz nie popełnię tego błędu, gdyż kosztował on mnie
w ciągu zaledwie jednego miesiąca utratę ośmiu kilogramów, odbudowywanych
z mozołem przez kolejne miesiące.
Poza ogólnie dostępną baraniną i wielbłądziną, serwowano daal, sabsi
i kare. Generalizując, była to glonopodobna papka o smaku określonym
ostrą papryką. Czasami miałem wrażenie, że to właśnie ona stanowi
objętościowo największą część danego specjału.
Z uwagi na ameby i inne żyjątka występujące w wodzie, konieczne
jest niestety dodawanie do wody pitnej jodyny lub chloru w pastylkach.
Dla delikatnych europejskich żołądków czysta woda jest szalenie
ważna, gdyż na pustyni odwodnienie organizmu na skutek gwałtownej
biegunki stanowi śmiertelne zagrożenie. Chciałbym tu zaznaczyć,
że pakistańskie biegunki maja się do polskich jak słoń do mrówki!!!
Od 1947 roku, kiedy to po rozpadzie Indii Brytyjskich powstało niepodległe
państwo Pakistan, nieustabilizowanie polityczne i chaos to chleb
powszedni. Spore części kraju znajdują się pod ograniczoną, bądź
żadną kontrolą rządową, a władzę stanowią klany i starszyzna grup
plemiennych. Beludżystan, który swego czasu podobnie jak Kaszmir
myślał o swojej niepodległości, jest tego doskonałym przykładem.
Pomimo tego ciekawość i chęć poznawania "Dzikiego Wschodu"
były silniejsze od lęków związanych z nieznanym
Na ponad 600-set kilometrowym odcinku, jaki zostawiliśmy za sobą
od granicy irańskiej, minęliśmy zaledwie kilka wiosek, a szlak górzystego
i surowego Beludżistanu urozmaicały od czasu do czas koczowiska
Nomadów - ludzi pustyni. Nieodzownym elementem programu wycieczki
były kolosalne garby na drodze, coś w rodzaju naszego "śpiącego
policjanta", tyle że rodzime pojazdy osobowe w wydaniu miejskim
zawisłyby na nim niechybnie niczym barka na mieliźnie, bez szans
na uwolnienie. Poza tym, ze względu na nader skromnie reprezentowane
w tych stronach znaki drogowe, nie można było przewidzieć, kiedy
się pojawią. Sprawiały niemały kłopot naszemu wehikułowi, gdyż z
powodu zbyt obszernego dodatkowego zbiornika na paliwo zamontowanego
pod podwoziem, szuraliśmy nim każdorazowo o ową przeszkodę terenową,
narażając się przy tym jednocześnie na uszkodzenie baku i wyciek
paliwa. Garby stanowiły także nie lada zagrożenie dla pasażerów
znajdujących się na dachu, gdyż na skutek gwałtownego hamowania,
6-cio milimetrowe statyczne linki zabezpieczające przed spadnięciem
w trakcie jazdy z platformy, mogłoby narobić więcej szkody niż pożytku
(przecięcie w pół nie należy zapewne do spraw przyjemnych).
Przedarłszy się do Quetty, stolicy prowincji, mogliśmy w końcu nieco
odetchnąć, czemu sprzyjało chłodniejsze powietrze położonego na
wysokości blisko 1800 m n.p.m. miasta. Duże miasto oznacza jednocześnie
duży bazar, a zatem możliwość taniego uzupełnienia zapasów na dalszą
drogę.
Sama Quetta nie imponuje jednak swą architekturą, gdyż na skutek
silnego trzęsienia ziemi, a następnie pożaru w latach 30-tych naszego
stulecia nieomal wszystkie wartościowe budowle uległy całkowitemu
zniszczeniu. Znakomita większość budynków powstałych naprędce po
tym okresie odbiega dalece od powszechnie rozumianych kanonów piękna
i estetyki.
Jednakże najbardziej fascynujące było życie codzienne mieszkańców.
Pomiędzy przesadnie wręcz udekorowanymi ciężarówkami przypominającymi
świąteczne choinki oraz przepełnionymi autobusami z często nietypowymi
dla przyjezdnych z Europy pasażerami na dachu w postaci stada kóz,
przemykały dwa podstawowe środki komunikacji krótkodystansowej,
a mianowicie ryksze konne - najbardziej tu popularne oraz hałaśliwe
motoryksze zostawiające za sobą kłęby spalin. Te pierwsze ze względu
na niższą cenę i większą ładowność (mogą pomieścić spokojnie siedmioosobową
rodzinę), były częściej wybierane przez tubylców.
Piesi z mistrzowską precyzją omijają slalomem objuczone osły i wielbłądy
ciągnące na targ, przeciskając się między garncarzami, golibrodami
oraz wyrwizębami, których gabinetami są maty rozłożone na "chodniku
" oraz torba z odpowiednim osprzętem.
Z przylegających do ulicy jadłodajni wydobywa się zapach przypalonego
starego oleju, ale tylko potrawy smażone odpowiednio długo w tłuszczu
dają pewność, iż to, co się mogło w naszej strawie ruszać zostało
unicestwione.
Brodate twarze zerkające z zaciekawieniem na obcych należą w większości
do Beludżów, którzy nie uważają się ani za Pakistańczyków ani za
Afgańczyków, co stanowi tu podstawowy problem.
Poza groźnymi mudżahedinami, często z widocznymi oznakami wyposażenia
w broń białą i ostrą oraz bazarami, gdzie pośród glinianych naczyń
i wielobarwnych zwojów ręcznie wyszywanych tkanin spędzają całe
godziny na targach, bądź zwyczajnie oglądają towary nierzadko samotnie
spacerujące młode kobiety o typowej ciemnej w tych stronach karnacji,
nie ma naprawdę nic godnego uwagi.
Muzułmanie, wbrew stereotypom, są ufni i otwarci na kontakty z przybyszami
z innych "planet", a za takich często uchodziliśmy. Bardzo
szybko zaprzyjaźniliśmy się z Naveedem, młodym właścicielem rodzinnej
fabryki krzeseł. Zaproszenia na obiad w jego rezydencji nie sposób
było odrzucić. W końcu domowe jedzenie znacznie przewyższa swoją
wartością odżywczą oraz walorami smakowymi papkę z przydrożnych
"barów". Na miejscu okazało się, że jest to swego rodzaju
wieczór kawalerski - nasz 21 letni gospodarz za tydzień miał się
żenić, co zresztą od wielu lat ustalone było przez rodziny małżonków.
Przegadaliśmy ładnych parę godzin, poczym Jan poruszył delikatną
tutaj kwestię alkoholu. Następnego dnia Bosztian obchodził urodziny,
tak więc przydałoby się kilka butelek piwa. Tylko jak tu znaleźć
niespotykany od miesiąca, nielegalny towar? Jednak dla chcącego
nic trudnego. Rankiem Naveed, ku naszemu zaskoczeniu, pojawił się
z kartonem pełnym butelek - 24 pakistańskie piwa sprowadzone z samego
Rawalpindi (ponad 1200 km), dostępne tylko na czarnym rynku, oczywiście
dla wtajemniczonych. Gdyby to nie był prezent, cena jaką przyszłoby
nam zapłacić, zbiłaby nas z nóg, gdyż 2$ za butelkę stanowiło równowartość
połowy dziennej stawki przeznaczonej na żywność i zakwaterowanie.
Miał chłopak po prostu gest...
Wieczorne ognisko nad brzegiem jeziorka Hanna pozostawiło wiele
niezapomnianych wrażeń. Na początku odbyliśmy dość wyczerpujący
mecz piłki nożnej z reprezentacją pobliskiej wioski. Z niesamowitym
trudem udało się "ceprom" ustalić wynik meczu Europa-
Pakistan na 3:2, co wobec boiska znajdującego się na wysokości bliskiej
górnej stacji kolejki na Kasprowy Wierch (1984 m n.p.m.), graniczyło
niemal z cudem. A może raczej nasz wspaniały rezultat był efektem
słabej popularności omawianej gry w okolicy, czego z kolei nie można
powiedzieć o krykiecie, uprawianym przez dzieci i młodzież na prawie
każdym zakręcie.
Wspinaczka na jeden z okalających jezioro szczytów otworzyła przed
nami wspaniałą księżycową panoramę masywu górskiego Kirthar. Poniżej,
w promieniach zachodzącego słońca, połyskiwała zmarszczona tafla
Hanna Lake (pierwszego zbiornika wodnego aż od Morza Marmara w Turcji
- 5500 km!)
Pod wieczór zaniepokoiła mnie grupka mężczyzn, zbliżająca się z
wolna do ogniska. Coraz wyraźniej rysowały się za ich plecami lufy
karabinów. Nie znając ich zamiarów siedzieliśmy w bezruchu, nie
chcąc prowokować do nagłej nieobliczalnej reakcji. Na czoło wysunął
się wyglądający na przywódcę brodacz. W świetle strzelających teraz
nieco wyżej płomieni dało się zauważyć typowe wyposażenie plemieńca:
AK-47 , ładownice z magazynkami oraz nóż za pasem. Widząc nasze
niepewne miny odezwał się łamaną angielszczyzną: "Ja Mustahu,
wy się nie bać, my ludzie gór, to nasza ziemia, tu bezpiecznie,
witajcie". Uzyskawszy informację skąd jesteśmy, dokąd jedziemy
i jak długo mamy zamiar tu zabawić, pożegnali się i rozpłynęli pod
osłoną nocy równie nagle, jak się pojawili.
A teraz coś z innej beczki, czyli pierwsze z urzędnikami spotkanie.
Wielu naszych lamentuje z powodu polskiej biurokracji, niekończących
się kolejek, stosu papierów do wypełniania, bałaganu w biurach itd.
Jednak porównując to z gryzipiórkami ze Środkowego Wschodu powinniśmy
się cieszyć z powodu tych, jakże małych uniedogodnień.
W Pakistanie przy zakupie choćby biletu kolejowego ze studencką
zniżką pojawiają się wielkie schody.
Na dworcu od kasy odesłano nas do zawiadowcy stacji, następnie do
pomieszczenia, którego przeznaczenia oraz funkcji osób w nim przebywających
nie sposób było odgadnąć. Wśród starych zakurzonych i przepełnionych
szaf, uginających się pod ciężarem różnorakiej maści akt, poustawiane
były pamiętające zapewne lepsze czasy drewniane biurka zasypane
dokumentami przeglądanymi z wolna przez ospałych urzędników. Sprawiali
wrażenie, jakby ich ulubioną czynnością było dokładanie opału do
trzech pieców ustawionych w pokoju. Z namaszczeniem otwierali żeliwne
drzwiczki, wkładali kawałki drewna, zamykali je z mozołem i z wybitnie
wielką niechęcią zasiadali do swej pracy.
Czekanie, czekanie i jeszcze raz czekanie, są to trzy główne czynności,
a właściwie stany bezczynności, do których należy się przyzwyczaić,
a ludzi żyjących w ciągłym pośpiechu może to doprowadzić do furii.
Ale dla Polaka nic nowego. Po około godzinie pojawił się urzędnik,
z sowitą brodą oczywiście, polecił nam wypełnić formularz uprawniający
do uzyskania zniżki 50 % na bilet kolejowy. Po okazaniu legitymacji
studenckich, a jak to było w przypadku Richarda legitymacji pracownika
wodociągów miejskich miasta Londynu, wydano nam kwitki na zakup
upragnionych biletów do Lahore za 1,5 $. Chciałbym w tym miejscu
podkreślić, że odcinek drogi żelaznej oddzielający Quettę i Lahore
liczy sobie ok. 1300 km !
Wkrótce po tym okazało się, że pojedziemy dalej jednak z Sonją i
Angelą. Zwrot biletów również łączył się z wypełnianiem papierów
i długim oczekiwaniem na kompetentnego po temu pracownika umysłowego
Kolei Pakistańskich. Uff!
Tyle, jeśli chodzi o pierwszy, poważny, acz nie ostatni kontakt
z biurokracją na szlaku.
Dalsza podróż ku Himalajom przyniosła każdemu z nas wiele niespodzianek
i niezapomnianych przeżyć, ale o tym już wkrótce...
c.d.n. Marcin Obałek
powrót do góry ^ |